JAWA
Świat zaczął robić się coraz bardziej szary, mniej przyjazny, niebezpieczniejszy. Czerwone słońce znikało za zacienionymi drzewami. Na asfaltowej drodze, przecinającej rozległe, opustoszała pola, nie było już ani jednej żywej duszy. Ptaki, wcześniej tak wesoło przygrywające im do marszu, teraz zamilkły. Wszystkie zwierzęta poznikały w swoich norkach, jamach i innych kryjówkach. Zmierzch wisiał w powietrzu.
Luna popatrzyła w niebo, po którym sunęły kłęby chmury w skrajnych barwach granatu i zimnej czerwieni. Całą sobą czuła, że zaraz może zrobić się nieciekawie. Wichura zbliżała się coraz szybszymi krokami.
– Daleko jeszcze? – spytała swojej towarzyszki. – Może powinnyśmy się pośpieszyć?
Terra zerknęła w niebo, w międzyczasie spokojnie wyjmując telefon. Przez dłuższą chwilę patrzyła w niego w milczeniu.
– Jeszcze trochę – odparła lakonicznie.
– Czyli mniej więcej ile? Trochę mi zimno.
– Mniej więcej godzinę.
Luna znów spojrzała w niebo. Wielka, czarna chmura, w kształcie przypominającym paszczę dzikiego zwierza, zaczynała się powiększać, jakby wchłaniać wszystkie inne chmury na niebie.
– Boję się, że nie zdążymy.
– Musimy zdążyć – odpowiedziała Terra bez większych emocji.
– A jak nam się nie uda?
Nie odpowiedziała, spokojnie maszerując dalej, nie zwiększając swojego tempa nawet odrobinę. Za to światło dnia zdecydowanie gasło coraz szybciej.
– Może trochę się pośpieszymy? – zaproponowała Luna z uśmiechem.
Ale Terra znów przystanęła, a jej wzrok spoczął na rosnącym przy drodze rozłożystym klonie. Luna podeszła do niej.
– Co tam masz? Coś ciekawego?
Terra włączyła latarkę w telefonie i oświetliła drzewo, na którym wisiała kartka. W pierwszej kolejności Luna zauważyła ogromny napis ZAGINĘŁA, w drugiej zdjęcie jakiejś dziewczyny, zapewne nieco starszej od nich. Zdjęcie było pomazane, dziewczyna otrzymała rogi, sczerniały jej oczy i zęby, a na jej policzku jawił się niezbyt legalny symbol. Na samym końcu Luna przeczytała tekst umieszczony pod zdjęciem.
GŁUPIA AMANDZIA IDIOTKA XD WCALE NIE ZAGINĘŁA A SZKODA XD GRUBA GŁUPIA KROWA POZDRO LUCYFER Z LIPY ;*
– Co to jest?... – spytała Luna oniemiała.
– Szkalują jakąś dziewczynę – odparła Terra, zrywając kartkę. Zgniotła ją, a zmiętą kulkę schowała do kieszeni.
– Jak można takie coś o kimś napisać? To okropne!
Terra pokręciła bezradnie głową.
Kilka metrów dalej znalazły drugi, jeszcze bardziej obraźliwy plakat, skierowany głównie w stronę taty niejakiej Amandy. Potem trzeci, potem czwarty. Zrywały je po kolei, aż w pewnym momencie obie miały wszystkie kieszenie wypełnione zmiętymi papierami. Ale nie udało im się wygrać z tą falą nienawiści, bo im dalej szły, tym więcej plakatów widziały. Z każdego miejsca przez szarość zmierzchu przezierały na nie poczerniałe oczy ofiar paszkwili – Amandy oraz jej rodziców, państwa Zarannych. Porozwieszane w przeróżnych miejscach – na drzewach, słupach, kamieniach, nawet na religijnej kapliczce, zasłaniając figurkę Matki Boskiej. Weszły w strefę całkowitej wrogości w stronę rodziny Zarannych, a kimkolwiek był Lucyfer z Lipy, musiał być niezwykle zaangażowany w swoją kampanię szkalowania.
– Ale dlaczego? Co mogła im zrobić?
– Może nic. Niektórzy lubią obrażać innych bez powodu.
– Biedna…
Cichy szum silnika samochodu dobiegał z daleka.
Po chwili ujrzały reflektory zbliżające się w ich stronę. Oświetliły drogę, rosnące wokół niej drzewa, krzewy, trawę. Gdy tylko rzuciły światło na sylwetki dwóch dziewczynek, kierowca gwałtownie zatrzymał samochód.
– Dzieci, co wy tu robicie?! – wykrzyknęła osoba z samochodu, odchylając okno. Jej twarzy nie dało się dostrzec, ale głos był wysoki, kobiecy.
– Wędrujemy! – odparła wesoło Luna. – Mamy misję.
– Ale jak to, wędrujecie? Tak same? A gdzie dorośli?
– Nie jesteśmy zwykłymi dziećmi – zaśmiała się Luna.
– To powiedźcie, małe wędrowczynie, w którym kierunku zmierzacie? Może was podrzucę?
Luna popatrzyła na Terrę z oczekiwaniem.
– Chodź, będziemy szybciej.
Terra ewidentnie nie była przekonana, a jej wzrok nie opuszczał ziemi.
– Proszę, Terra. Jest zimno. Zaraz rozpęta się wichura.
Terra milczała.
– No… – zaczęła Luna niepewnie. – Zmierzamy do domu numer szesnaście w Lipie. Mamy tam misję.
– Jadę przez Lipę, więc mam po drodze! Słuchajcie, możecie mi zaufać. Nazywam się Agnieszka. – Ton nieznajomej zrobił się nagle niezwykle poważny. – Tutaj różni nieciekawi ludzie chodzą po zmroku, bezpańskie psy biegają. Nawet niezwykłe dzieci nie powinny chodzić same.
Luna poderwała się gwałtownie.
– Ja wsiadam, ty możesz iść z buta. Spotkamy się za godzinę – odparła. Terra nie zastanawiała się długo, chwyciła ją za rękę i weszła do samochodu. Gdy usiadły, Luna poczuła, że towarzyszka ścisnęła jej dłoń mocniej. Chyba nawet trochę się trzęsła.
– A jaką to misję macie, jeśli można wiedzieć? – spytała Agnieszka, ruszając.
Luna popatrzyła na Terrę, lecz ta wbiła wzrok w okno.
– To nie jest tajemnica, prawda? Mogę powiedzieć? – spytała Luna. Terra pokiwała głową.
– Terra jest zjadaczką snów.
– Ojej – odparła Agnieszka spokojnie. – Smaczne są te sny?
– To tylko taka nazwa – tłumaczyła Luna. – Ona nie zjada snów, tylko w nie przenika.
– I co robi, gdy już przeniknie do snu? – zapytała Agnieszka z ciekawością.
– To zależy… To wygląda tak, że zgłaszają się do niej dzieciaki z koszmarami. A Terra im pomaga. Walczy z tymi złymi snami, a one mogą już spać spokojnie.
– Niesamowite – powiedziała Agnieszka z podziwem. – Szkoda, że nie wiedziałam o tobie, gdy byłam dzieckiem. Miałam regularnie koszmary o spadaniu z wieżowca.
Terra za oknem mogła dostrzec jedynie znaki drogowe oraz blade obrysy trawy i drzew. Gałęzie kołysały się lekko.
– A… Proszę pani… – zaczęła Luna nieśmiało.
– Tak?
– Czy pani wie, o co chodzi z tymi plakatami?
– Nie wiem – westchnęła Agnieszka. – Wszędzie są, co nie? Nie wiem, kto je rozwieszał, ani co temu człowiekowi Zaranni zrobili. Wiem, że pan Maciek je co rano zrywa, a one i tak się pojawiają.
– Pani zna Zarannych?
– Znam. Pan Maciek jest nauczycielem fizyki w szkole, pani Maria pracuje w gminie, mają dwójkę dzieci, Amandę i Jasia. Amanda chodzi do siódmej klasy, a Jasiu ma chyba dwa latka.
– Słyszysz? Ona chodzi do siódmej klasy. Jest młodsza od ciebie – zwróciła się Luna do Terry.
– Niemożliwe – odparła Terra ze zdziwieniem. – Myślałam, że jest starsza.
– Chwila, moment – powiedziała nagle Agnieszka. – Przypomnijcie domu, do którego domu idziecie?
– Numer szesnaście.
– To właśnie oni tam mieszkają.
Luna popatrzyła na Terrę.
– Wiedziałaś?
– Dosłownie przed chwilą się domyśliłam – westchnęła Terra.
– Uważajcie tam na siebie, proszę – dodała Agnieszka zaniepokojonym tonem.
– Ma się rozumieć, proszę pani! – odparła Luna z uśmiechem.
Wtedy samochód się zatrzymał, a reflektory oświetliły duży, jednorodzinny dom. Padał na niego niezwykle dziwny, nieregularny cień. Po chwili dziewczyny zrozumiały, że to wcale nie był cień. Dom był pomazany czymś ciemnym, wyglądał, jakby coś z niego spływało…
– To będzie ciężki wieczór – westchnęła Terra.
Luna podziękowała za podwózkę i dziewczynki wysiadły z samochodu. Uderzył w nie wiatr, niespodziewanie silny, bijący po karku i uszach. Natychmiast gdzieś niedaleko rozszczekał się pies. Podwórze było całkowicie pochłonięte ciemnością.
– Czuję się, jakbym miała wejść do jaskini – powiedziała Luna. – Czemu tu jest tak ciemno? Czemu lampy się nie palą?
Jak na zawołanie rozświetliło się przed domem. Zza drzwi wyszedł cień, który powoli zaczął zbliżać się w kierunku dziewczyn.
– Dobry wieczór! – zawołał cień melodyjnym, kobiecym głosem.
– Dobry wieczór! – odkrzyknęła Luna. – My łowimy sny!
– Domyślam się. Czekaliśmy na was. – Cień otworzył małą furtkę i ręką zaprosił dziewczyny do wejścia do środka.
Nadal gdzieś niedaleko pies ujadał jak szalony, ale dziewczyny nie mogły go dostrzec. Skrywał się w ciemnościach podwórza.
Po chwili cała trójka znalazła się w środku domu. Korytarz był jasno oświetlony, a czas się w nim zatrzymał. Ściany wyłożone zostały boazerią, pod sufitem wisiały paprotki, a zaraz przy wejściu znajdowało się duże lustro, w którym to dziewczynki zobaczyły, że nie wyglądają najlepiej po wędrówce. Mogły również w końcu ujrzeć twarz kobiety w pełnym świetle. Była całkowicie zwyczajna, miała krótkie włosy i średni wzrost, zbliżony do Terry.
Pozbyły się plecaków, zdjęły kurtki i zabrały się do zdejmowania butów.
– Nie ściągajcie butów! I tak będę musiała jutro odkurzyć – zawołała kobieta.
Terra z powrotem zaczęła wiązać sznurówki. Kobieta popatrzyła na nią kwaśno, ale nic nie powiedziała. Luna zdecydowała się jednak zdjąć obuwie.
– Maria. Miło mi poznać. – Kobieta podała rękę Lunie, a potem Terze.
– To jest Terra, zjadaczka snów, a ja jestem Luna, jej prawa ręka.
Terra ukłoniła się leciutko.
– Pomoże pani mojej córce, prawda? Tak się o nią martwię…
– Tak – odparła Terra poważnie.
Wtedy do pomieszczenia wszedł wysoki, brodaty pan. Miał śmiertelnie poważną twarz. Popatrzył na dziewczynki uważnie.
– Dzień dobry, jesteśmy Luna i Terra…
– Maciej Zaranny – odpowiedział niskim głosem. – To wy jesteście tymi dzieciakami, co walczą z koszmarami?
– Tylko Terra. Ja jej jedynie pomagam – powiedziała Luna wesoło.
– Nie kłamiecie, prawda? – zapytał podejrzliwie. – Jeśli coś kombinujecie, to będziecie miały przechlapane.
– Co? Nigdy w życiu! – zawołała Luna gorąco. – Chcemy tylko pomagać dzieciom!
– Wierzę – odparł pan Maciej poważnie. – Córka jest w swoim pokoju.
Wtedy chwycił za klamkę drzwi znajdujących się obok. Nikt nie zdążył wejść do środka, zanim rozległ się agresywny, dziewczęcy krzyk.
– Tyle razy mówiłam, że macie pukać!!! W ogóle mnie nie szanujecie!!!
– Myślałem, że śpisz – odmruknął pan Maciej, zapalając światło. Dziewczynka krzyknęła, jakby z bólu.
– Przyszła ta cała zjadaczka snów do ciebie.
– Nie chcę nikogo teraz widzieć!!! Niech sobie idzie!!!
– Ale przecież sama mówiłaś, że chcesz… – Głos pani Marii trząsł się ze zdenerwowania.
– Zmieniłam zdanie!!! Nic nie chcę!!!
Luna patrzyła na Terrę ze strachem, lecz koleżanka wydawała się być niewzruszona. Jeśli czuła jakikolwiek niepokój, zdołała go ukryć głęboko w sobie.
– Przepraszam za nią, właśnie taka ona ostatnio jest… – powiedziała pani Maria.
– Brak snu bardzo zmienia człowieka – odparła Luna spokojnie, mając nadzieję, że to nieco rozluźni atmosferę. – Ja też nie lubię, jak ktoś mi wchodzi do pokoju.
– To jest mój dom. Mam prawo wchodzić, gdzie chcę – odburknął pan Maciej. Ton wskazywał na to, że poczuł się zaatakowany przez słowa Luny. – Proszę, zapraszam do środka.
Luna i Terra popatrzyły po sobie. Terra pierwsza zrobiła krok, więc Luna ruszyła za nią.
W pokoju było bardzo duszno. Jego lokatorka raczej nie wietrzyła w nim często. Oprócz tego wydawał się dość uporządkowany. Z wystroju łatwo dało się wywnioskować, jakie zainteresowania ma jego mieszkanka. Na ścianach wisiały plakaty z postaciami z anime oraz z zespołami rockowymi, na półkach wiekowej meblościanki stały książki, figurki i kaktusy. Jedynie wokół łóżka był bałagan, wszędzie tam walały się butelki po napojach, opakowania po tabletkach, papierki po słodyczach, na szafce nocnej piętrzyły się talerze i kubki. Natomiast lokatorka znajdowała się najpewniej w stojącym na środku pokoju łóżku, szczelnie zakryta kołdrą, chroniąc się przed jakimkolwiek wzrokiem obcego.
– Amanda, wyjdź – powiedział pan Maciej.
– Nie. – Spod kołdry dobiegło głuche mruknięcie.
– Wyjdź, masz gościa, jak ty się zachowujesz?
– Ale ja nie chcę żadnych gości! Żadnych lekarzy, żadnych magików, nikogo! Mi już nic nie pomoże, zostanę tu już i koniec!
Pan Maciej wyraźnie się zdenerwował.
– Co ty za głupoty gadasz, masz natychmiast wyjść!
– Nie, nie wyjdę!
Sytuacja została rozwiązana w taki sposób, że pan Maciej podszedł do łóżka i jednym ruchem ściągnął z niego całą kołdrę, odsłaniając biedną Amandę przed światłem dziennym.
– Zostaw mnie!! – ryknęła dziewczynka, łapiąc za kołdrę i ciągnąc ją w swoją stronę. Nie zdało to się jednak na nic, gdyż cała pościel znalazła się już w posiadaniu pana Macieja. Amanda stała teraz bezradnie na łóżku, nie wiedząc, co ze sobą zrobić, patrząc to na ojca, to na Lunę i Terrę, to na podłogę, to w okno.
Była bardzo wysoka, sięgała prawie sufitu. Ani Terra, ani Luna, nie powiedziałyby, że mogłaby być w ich wieku. Oprócz tego wyglądała bardzo źle. Miała głębokie cienie pod oczami, rozczochrane, brudne i tłuste włosy, a jej ręce, wystające spod szerokich rękawów koszulki, były straszliwie chude.
Amanda, pozbawiona osłony, skuliła się z powrotem na łóżku i przykryła głowę poduszką.
– Zostawcie mnie – mruknęła. – Chcę umrzeć. Na pewno będziecie mieli wtedy spokój.
– Przestań tak gadać, bo cię zaraz trzepnę – powiedział pan Maciej, zabierając jej poduszkę. Wtedy Amanda owinęła się w prześcieradło jak naleśnik.
– Chcesz coś, po czym od razu zaśniesz? – spytała Luna przyjaźnie.
– Na zawsze? – Z wnętrza rulonu wydobył się przytłumiony głos.
– Na osiem godzin – odparła Luna nieco mniej przyjaźniej.
– Nie chcę! Chcę jedynie coś, po czym zasnę na zawsze!
– Jak możesz tak mówić! Masz tylko trzynaście lat, całe życie przed sobą…
– Luna – przerwała jej Terra. – Zostaw ją.
– Tak, jasne. Przepraszam.
Amanda wyłoniła się z wnętrza rulonu i popatrzyła poważnie na przybyszki.
– Jesteście jakimiś smarkaczami!
– Terra jest starsza od ciebie… – powiedziała Luna, dogłębnie dotknięta.
– Zostawmy ją – stwierdziła Terra cicho. – Ona musi trochę odpocząć.
Pan Zaranny zawahał się przez chwilę, ale potem położył pościel z powrotem na łóżku Amandy, która wręcz się na nią rzuciła i schowała się pod nią. Wszyscy opuścili pokój. Pani Maria zaproponowała posiedzenie w kuchni.
Kuchenne okno smagała gałąź pobliskiego drzewa.
Pomieszczenie urządzono w takim samym, sentymentalnym stylu, jak korytarz. Możliwe też, że to wcale nie był sentymentalny styl, a ta kuchnia nie zmieniła się ani trochę przez ostatnie trzydzieści lat. Podłoga była pokryta wykładziną w kratę, a na stole leżała cerata w kwiaty jabłoni. Meble i kuchenka mogły być starsze od samych Zarannych, a w powietrzu unosił się zapach tytoniu i czegoś nieświeżego. Żarówka wisząca nad stołem dawała bardzo słabe światło, przez co cała kuchnia znajdowała się w półmroku.
– Tak to właśnie z nią jest… – westchnęła pani Maria, wstawiając wodę na herbatę. Luna i pan Maciej usiedli przy stole. Terra spoczęła wygodnie po turecku na podłodze obok. – Do tej pory była takim dobrym dzieckiem, nie sprawiała żadnych problemów! Uczyła się dobrze, miała wzorowe zachowanie w szkole. Jedynym problemem była taka… Niechęć do ludzi. Nie rozmawiała ze swoimi koleżankami, bardzo nieładnie się o nich wypowiadała. Zaczęła dużo siedzieć w internecie i tam pisać z jakimiś ludźmi. Boję się, że poznała kogoś złego, jakąś sektę… Syn mojej koleżanki trafił do sekty. To było straszne…
– Od dawna się tak zachowuje? – spytała Luna.
– Oj, chyba od pół roku… Ale teraz jest już masakra. Nie wychodzi w ogóle z pokoju, nie ma z nią kontaktu, sama widziałaś, Ciągle tylko mówi jakieś inne dziwne rzeczy… Czasem mam wrażenie, że jest opętana.
Terra i Luna popatrzyły po sobie, a potem na pana Zarannego, który wydawał się być bardzo poważny.
– Pan uczy fizyki, prawda? – zwróciła się Luna do niego.
– Tak, w tutejszej szkole.
– Wierzy pan w to, że demon może opętać dziecko?
– Tak – odpowiedział rzeczowo. – Słyszałem takie historie. Ja sam miałem dziwne przeżycie. Ale nie lubię o tym mówić.
– Zaczęło się od tego, że miała jakieś straszne koszmary, ale nie chciała mi mówić konkretnie, co jej się śni. Budziła się po kilka razy w nocy, czasem z krzykiem – kontynuowała pani Maria. – A potem zaczęła się zachowywać, jakby była w jakimś transie… – Gardło pani Zarannej słyszalnie się zacisnęło. – Z jakiegoś powodu uderzała z całej siły głową w ścianę, albo rzucała się ze schodów. Mówiła dziwne rzeczy… Na przykład, gdy raz się obudziła, to zaczęła płakać i powtarzać, że się zamienia w potwora. Nie umiałam jej uspokoić, dopiero później włączyła sobie jakąś muzykę i jej przeszło.
– I jeszcze te okropne plakaty… – zaczął pan Maciej z nienawiścią. – Codziennie rano jeżdżę i zdzieram ten szajs, a i tak to wszędzie rozwieszają. Ostatnio widziałem w naszej szkole, rozumiecie? Zaraz przy drzwiach wyjściowych! I to akurat w dniu, w którym przyszła do szkoły! Ale chyba nic nie widziała. Staram się, aby tak to pozostało.
– Czy Amanda zachowywała się tak przed pojawieniem się plakatów, czy po?
– Przed. Dostaliśmy list z pogróżkami w lipcu, a potem się zaczęły te plakaty i obraźliwe napisy. Amanda już wtedy prawie nie wychodziła z pokoju.
– Czyli że nie chodzi do szkoły?
– Od początku roku była zaledwie kilka razy. Boję się, że będzie musiała powtarzać rok… – powiedziała pani Zaranna smutnym głosem.
– Muszę jeszcze zapytać, co to był za list? Czy macie podejrzenie, kto jest winny?
– To były takie głupoty. – Pan Maciej był wyraźnie zażenowany i zdenerwowany. – Jakiś dzieciak to pisze, ma za dużo czasu, by się zajął czymś pożytecznym. Jakbym był ojcem takiego gówniarza, to bym go zlał. I nie wiem, dlaczego się na nas uwziął. Może postawiłem mu kiedyś jedynkę i tak się mści, nie wiem.
– A czy Amanda była u lekarza? Czy bierze jakieś leki?
– Kiedyś, jakiś miesiąc temu, była z żoną u rodzinnego, dostała jakieś leki nasenne, ale nie działały. Potem już nie chciała pójść.
W tym momencie zaskrzypiały drzwi w głębi korytarza. Rozległy się ciche, lekkie kroki, zbliżające się szybko w ich kierunku. Aż w końcu wysoki cień, stanął w wejściu do kuchni. W ręku trzymał coś, co wyglądało na torbę.
– Przestańcie mnie obgadywać! Ja to wszystko słyszę, wiecie?! W tym domu wszystko słychać, zawsze i wszędzie! – Reszta jej wypowiedzi utonęła w donośnym gwiździe czajnika.
– Chcesz herbatki? – spytała pani Maria, wlewając wodę do kubków.
– Chcę – mruknęła. – Ale to jak wrócę ze spaceru.
– Gdzie? Jest już noc, słyszysz, jak wieje? W dzień nie mogłaś? – spytała pani Maria.
– W dzień nie miałam ochoty.
– Mowy nie ma. Wieje, jest ciemno, lampy się jeszcze nie świecą, coś cię jeszcze potrąci…
Amanda wzruszyła ramionami i zawróciła.
– Amanda! Wracaj tu natychmiast! – zawołał pan Maciek.
– Jedno kółko wokół wsi, zaraz wrócę – mruknęła Amanda. – Co mi się może stać?
– Przecież ty ledwo chodzisz, na jaki spacer ty się chcesz wybrać?! – zawołała zdenerwowana pani Maria.
– Ty wiesz, jaką ekipę łobuzów widziałem niedawno w Przylesiu? Tak, w tym Przylesiu obok!
– Uważa tata, że nadal tam gdzieś chodzą? – spytała Amanda.
– No, a czemu nie? Mogą chodzić.
– Spacer to dobry pomysł na problemy ze snem – wtrąciła się Luna wesoło. – Oczywiście krótki i najlepiej pod czyjąś opieką. Teraz pogoda nie jest najlepsza, ale wyjść na zewnątrz można, jak najbardziej…
Chociaż w cieniu nie mogły dostrzec twarzy Amandy, czuły, że ta uważnie się im przygląda.
– To mogę czy nie? – spytała.
– Jeśli pójdziemy z tobą – zażądał pan Maciek
– A to nie chcę – mruknęła Amanda.
– A jak my z tobą pójdziemy? – spytała Luna.
– Dobra – odparła szybko.
– Tylko nie za długo! – zawołał pan Zaranny. – I blisko domu! I weźcie latarkę!
– Oczywiście, ma się rozumieć – powiedziała Luna. – Wrócimy, zanim herbatka ostygnie.
Amanda błyskawicznie wyszła z kuchni i poszła do swojego pokoju. Gdy Terra i Luna ubierały się, wyszła z niego, w milczeniu założyła kurtkę oraz owinęła się szalikiem.
Wiatr wiał w przeciwną stronę, więc za domem było trochę ciszej. Amanda szła spokojnie, nadal nic nie mówiąc. Świeciła latarką przed siebie, na betonowy chodnik i trawę. Luna szła obok niej, Terra natomiast trzymała się z tyłu.
– Słyszałyśmy, że masz problemy ze snem? Zaraz to rozwiążemy – powiedziała Luna.
– Taa… – odpowiedziała Amanda niedbale. – Ale nie ma tragedii.
– Słyszałyśmy, że w ogóle nie śpisz.
– Czasem śpię… Godzinę. Lub dwie.
– Na dobę?
– Może na kilka dni…
– Jeśli tak, to chyba jednak jest tragedia.
– Eee, do przeżycia – powiedziała spokojnie. – Najbardziej to denerwuje mnie, że jak już zasnę, to śnią mi się jakieś dziwne rzeczy.
– Tylko dziwne?
– Czasem straszne. Ostatnio nawet lunatykowałam, chociaż nigdy to mi się wcześniej nie zdarzyło. Mam taki szary papier w pokoju. Pomalowałam go przez sen i nawet nie wiem, co autor miał na myśli. – Brzmiała normalnie, oprócz tego, że była strasznie zmęczona. Całkowita zmiana osobowości.
Amanda przystanęła. Jej sylwetka była całkowicie zacieniona na tle rozświetlonego ganku. Wiatr smagał jej włosami, płaszczem i szalikiem. Dziewczynka patrzyła w niebo, ale za wiele nie mogła na nim dostrzec, było zupełnie ciemne.
– A do jakiej szkoły chodzisz? – Luna zmieniła temat.
– Normalnej podstawówki.
– Jakieś plany na przyszłość?
– Nie wiem. Może profil językowy w liceum. Albo multimedialny, nie wiem.
– Słyszałam, że twój tata jest nauczycielem, w tej samej szkole, co ty?
– Aha. Nawet uczy mnie fizyki – mruknęła Amanda.
– Fajnie mieć tak lekcje z tatą?
– Nie. Nigdy nie postawi mi piątki, bo się boi, że ktoś pomyśli, że mnie lepiej traktuje. Nigdy mnie nie weźmie do tablicy, jak jestem chętna z pracą domową.
– Ech, to faktycznie słabo.
– No. I się dzieci na mnie dziwnie patrzą. Ale innego fizyka w szkole nie mamy.
Luna poczuła, że wzrok Amandy skierował się na nią.
– Która z was będzie mnie egzorcyzmować?
– Żadna! – uniosła się Luna. – Tylko Terra przeniknie w twoje koszmary i cię od nich uwolni.
– Nie mogę uwierzyć, że wpadłam na tak głupi pomysł – westchnęła Amanda. – Zjadacze snów. Przecież ja nawet nie mogę zasnąć, więc co wy chcecie zjadać?
– Mamy taką miksturę, dzięki której zaśniesz.
– Uczyli mnie w szkole o takich miksturach – powiedziała Amanda jadowicie. – Nie dam sobie tego wlać.
– To chcesz zasnąć, czy nie?
– Chcę.
– To dlaczego narzekasz?
– To magiczna mikstura – wtrąciła się Terra spokojnie. – Nic ci się po niej nie stanie.
– Nie jestem przekonana – mruknęła Amanda, a głos wydawał jej się łamać. – Jesteście z internetu, a w szkole mówili, że w internecie są tylko niebezpieczni ludzie.
– Amanda, musisz nam powiedzieć wprost, czy chcesz naszej pomocy, czy nie – powiedziała Luna poważnie. – Jeśli nie, damy ci spokój.
A wtedy wiatr pognał chmury na niebie i odsłonił księżyc w pełni. Na ułamek sekundy rozświetlił podwórko i wszystkie trzy dziewczynki popatrzyły na siebie. Terra, ze spokojem, Luna, z oczekiwaniem i pewną irytacją, a w oczach Amandy były dostrzegalne smutne iskierki. Gdy zauważyła, że dziewczyny to zobaczyły, natychmiast popatrzyła na ziemię.
– Proszę, pomóżcie mi! Ja już nie wytrzymuję! – powiedziała załamanym tonem, a potem się rozpłakała.
***
Gdy wróciły do domu, Amandzie została podana magiczna mikstura w herbatce. Nie minęło kilka sekund, a dziewczynka faktycznie zasnęła i pan Maciek zaniósł ją do łóżka. W międzyczasie z płaczem obudził się malutki syn Zarannych, Jasiu, i pani Maria musiała pójść go uśpić. Dziewczynki dostały polecenie bycia tak najciszej, jak umieją. Udały się więc do pokoju Amandy. Nie zapalały światła, żeby jej nie obudzić.
– Zaczynasz już? – spytała Luna.
Terra pokręciła głową. Na razie patrzyła na lunatyczny rysunek na ścianie, oświetlając go latarką w telefonie. Papier był chaotycznie porysowany na czarno, czerwono, niebiesko i szaro.
– Nie mam pomysłów na interpretację. Jedynie te czerwone plamy wyglądają jak ogień – powiedziała Luna cicho. Jeśli Terra miała jakieś pomysły, to zachowała je dla siebie, bo wciąż milczała.
Wtedy lekko odgięła papier i ostrożnie sięgnęła ręką za niego.
– Czego tam szukasz?
Terra wyciągnęła zza papieru pliczek papierów. Część z nich wysypała się na podłogę. Nietrudno było dostrzec, nawet w półmroku, czym one są.
– Czy ona… – powiedziała Luna zszokowana. – Ona to zbiera?
Terra usiadła na ziemi, rozłożyła papiery i zaczęła je przeglądać. Plakaty pełne wyzwisk, wulgaryzmów, zdjęć Amandy i jej rodziców, wszystkie przerobione. Na każdym widniał podpis Lucyfera z Lipy.
Terra zajrzała pod łóżko, gdzie znalazła kolejną kupę papierów. Rozsunęła leżący na środku podłogi plecak, w którym nie było ani jednego zeszytu ani podręcznika, ale za to znajdowało się mnóstwo plakatów. Potem za książki na regale, w szparę między ścianą a meblościanką, pod biurko, za zasłonę. Wszędzie ukryte były plakaty z wyzwiskami, niektóre zmięte, inne ładnie złożone. Gdyby zdecydowały się je policzyć, wyszłoby ich co najmniej kilkadziesiąt, może nawet setka.
– Boże, tyle drzew zmarło tylko po to, żeby się znęcać nad biedną dziewczynką… – załkała Luna, kiedy Terra układała papiery w stosik.
– Jak będę w śnie, powiedz państwu, żeby się tego pozbyli – powiedziała.
– Tak, ale… Co jeśli wśród tych paskudztw są też jakieś jej rzeczy, których nie zauważyłyśmy? Bo wiesz… Jednak grzebałaś w jej rzeczach. Zdenerwuje się.
Terra popatrzyła smętnie na stos nienawistnych papierów.
– Zobaczymy, coś zrobimy. Ale to później.
Wyjęła ze swojego plecaka miksturę. Usiadła wygodnie na podłodze, oparła się o ścianę, położyła telefon obok siebie i zwróciła się do Luny:
– Wiesz co masz robić?
– Pewnie.
– Pozostań świadoma – powiedziała Terra poważnie, biorąc łyk mikstury.
Kilka minut później spała snem kamiennym.
SEN
Moment teleportacji do snu zawsze był trochę zabawny i dezorientujący. Terra piła miksturę, zamykała oczy, otwierała – i nagle była w zupełnie innym miejscu. Jej zmysły musiały poświęcić kilkanaście sekund, żeby dokładnie przeanalizować sytuację.
Teraz leżała w zielonej, wysokiej trawie. Patrzyła w niebo, czyste i błękitne. Słońce znajdowało się poza zasięgiem jej wzroku, ale czuła, że jego promienie ogrzewają jej skórę. Było ciepło, ale nie gorąco. Powietrze wypełniała słodka woń kwiatów. W uniwersum tego snu panowało lato, ale takie idealne lato, za którym wszyscy tęsknią.
Wstała z ziemi i rozejrzała się. Znajdowała się dosyć wysoko, na wzgórzu porośniętym trawą, gdzieniegdzie kwiatami. U stóp wzgórza dostrzegała dużą wioskę, być może Lipę. Natomiast nieco wyżej widziała duże drzewo, prawdopodobnie dąb, pod którym stały dwie sylwetki.
Terra pomyślała, że to wygląda na bardzo ładny sen. Sama chętnie by w nim pozostała. Wiedziała jednak doskonale, że zaraz cała ta idylliczność pierzchnie. Zawsze tak było.
Podeszła nieco bliżej drzewa, starając się poruszać jak najciszej. Nie miała zbytnio miejsca, w którym mogłaby się skryć, wzgórze było olbrzymią, pustą przestrzenią. Musiała być niezwykle ostrożna, bo, jak na razie, chciała uniknąć bycia zauważoną.
Kiedy podeszła trochę bliżej, zauważyła bez zdziwienia, że jedną sylwetką, nieco niższą od drugiej, była Amanda. Ładnie ubrana, uczesana, uśmiechnięta. Tak zapewne wyglądała, aż nie dopadły ją bezsenność i koszmary.
Dziewczyna patrzyła rozmarzonym wzrokiem na osobę obok niej. Był to chłopiec, zapewne w jej wieku. On również na nią patrzył.
Terze zrobiło się nieco nieswojo, co Luna pewnie wyczuła, bo od razu nawiązała kontakt telepatyczny.
– I jak tam? – usłyszała głos Luny.
– Ech, chyba weszłam w sam środek romantycznej sytuacji – odparła Terra.
– Ulala – powiedziała Luna. – Czyli żadnych koszmarów nie ma?
– Na razie nie.
– Amanda wie, że to sen?
– Chyba nie. I niech tak pozostanie jak najdłużej.
Być może to był jej pierwszy ładny sen od dawna.
Chłopiec podał rękę Amandzie. Ta odwzajemniła uścisk. Nadal patrzyli sobie w oczy. Dziewczyna cała emanowała szczęśliwością.
– Amando… – powiedział chłopiec.
– Tak?
– Kocham cię.
Twarz Amandy rozpromieniła się jak to tylko możliwe.
– N-naprawdę? – zająkała się.
A chłopiec w ogóle nie zmieniając wyrazu twarzy, odpowiedział:
– Tak naprawdę to nie.
Amanda wyglądała, jakby coś ją uderzyło.
– C-co?
– Jesteś głupia – odparł radośnie. – Wolę Lucyfera z Lipy. Jest śmieszny i same mądre rzeczy pisze.
Amanda patrzyła na niego wielkimi oczami. Trwało to albo przez kilka minut, albo kilka sekund, ciężko powiedzieć. Po chwili z jej oczu wypłynęła jedna łza, a potem kolejna.
–Jak możesz mówić takie rzeczy? – powiedziała, kiedy już łzy płynęły w ilościach niepoliczalnych.
– Normalnie – zaśmiał się chłopiec. – Spadaj na drzewo i daj mi spokój, zarazo jedna, diable paskudny.
Ale nagle wyraz twarzy Amandy się zmienił z cierpiącego na przerażony. Tak, jakby jakaś straszna myśl narodziła się w jej umyśle.
– Ktoś tu jest! Ktoś tu jest! – zaczęła krzyczeć.
Chłopiec znikł. Amanda zaczęła rozglądać się nerwowo i bardzo szybko zauważyła Terrę.
– Kim jesteś?! Co tu robisz?!
– Przepraszam, nie chciałam…
– Zniszczyłaś wszystko!!! Zniszczyłaś mi życie!!!
Upadła na trawę i zaczęła płakać. Świat się zmienił. Niebo zasłoniły burzowe chmury, zrobiło się ciemno jak w nocy. Zerwał się wiatr tak silny, że Terra musiała usiąść na ziemi, żeby jej nie porwał. Przez ułamek sekundy Amanda na nią spojrzała i obie nawiązały kontakt wzrokowy.
Jej oczy były czarne niczym otchłań.
***
Nastąpiła zmiana scenerii na pokój Amandy. Jasny, oświetlony światłem dziennym dzięki odsłoniętym roletom. Okno było uchylone, wpuszczając do środka świeże powietrze. Dookoła panował idealny porządek. Wszystko było pięknie poukładane, książki i figurki na meblościance stały równo, każda rzecz wydawała się leżeć na swoim miejscu. Pokój wyglądał wręcz pedantycznie, nienaturalnie, bezdusznie. Nie tak powinien wyglądać pokój trzynastolatki.
Amanda siedziała na swoim zaścielonym perfekcyjnie łóżku tyłem do Terry. Patrzyła na ścianę, na której wisiało całe mnóstwo zdjęć i różnych obrazków. Terra nie mogła z tej odległości dojrzeć, co na nich może się znajdować, za to kojarzyła, że nie istnieją one w świecie rzeczywistym. To właśnie tutaj wisiał szary papier pokryty bazgrołami.
Po chwili dostrzegła więcej różnic między snem a rzeczywistością – kolor pościeli, zasłon. Więcej kwiatów, więcej figurek i książek.
Wtedy Amanda wstała z łóżka, odwróciła się i spojrzała Terze w oczy.
– Obiad już gotowy, panienko – powiedziała Terra szybko.
– Nie jestem głodna, może później zjem. Ale dzięki.
– Jak sobie życzysz – odpowiedziała Terra, wychodząc z pokoju. Jednak za daleko nie odeszła. Szybko się okazało, że tylko część korytarza faktycznie istniała w tym śnie, a cała reszta świata była pustą, świetlistą przestrzenią. Terra bardzo nie lubiła trafiać do takich lokalizacji w snach. Mimo wszystko, wciąż była człowiekiem, a żaden człowiek nie jest gotowy na oglądanie czegoś takiego. Zrobienie obiadu było niemożliwe, dopóki podświadomość Amandy nie stworzy choćby kuchni.
Wróciła do pokoju, a tymczasem właścicielka tego snu spacerowała do pokoju i zbliżała się do wielkiego lustra w kącie.
– Nie patrz tam – powiedziała Terra gwałtownie. – Nie zobaczysz tam nic dobrego.
– Czemu?
– Nie jesteśmy jeszcze przyzwyczajeni do oglądania samych siebie. Wiesz, ewolucyjnie. Nie różnimy się niczym od swoich przodków z jaskini. Oni nie mieli luster.
Ale Amanda zrobiła swoje.
Jej postać w lustrze była trochę straszna. O wiele większa niż w rzeczywistości, miała malutkie oczy, duże uszy, czerwoną skórę, wielkie zęby. Jej kończyny porosły gęstym, zwierzęcym futrem, a jej twarz wydawała się być zarosła grzybem.
– Nie patrz – powtórzyła Terra. – W takim lustrze nie zobaczysz nic prawdziwego.
Ale Amanda, zamiast odwrócić wzrok, podeszła jeszcze bliżej i patrzyła w swój zniekształcony wizerunek jak zahipnotyzowana.
– Czy ja tak wyglądam?! – zwróciła się do Terry.
– Nie. Wyglądasz normalnie.
– Mówisz to tylko dlatego, żeby mi było miło! – załkała Amanda, wgapiając się w lustro. A im dłużej w nie patrzyła, tym bardziej przemieniała się w kreaturę ze zwierciadła. Urosła prawie dwukrotnie, skóra jej poczerwieniała, ręce i nogi porosły futrem, zęby przestały jej się mieścić w szczęce. Ale zamiast odwrócić wzrok, patrzyła wciąż w lustro.
– Co tu się dzieje?! – zawołał pan Zaranny, wbiegając do pokoju z żoną.
– T–tato, ja nie wiem…
– Czym ty jesteś?! I co zrobiłeś z naszą córką?! – wykrzyknął pan Maciej.
– Co? – zapłakała Amanda.
– Gdzie jest Amanda, pytam się ciebie?!
– M-mamo… – zwróciła się Amanda do pani Marii. – Nie poznajesz mnie?
– Matko Boska… – Pani Zaranna złożyła ręce jak do modlitwy. – Szatan! Szatan tu przyszedł…
– Mamo, to ja! Nie wiem, co się ze mną stało!
– Boże… – lamentowała pani Maria. – Ona ma jutro klasówkę z matematyki, jak ją napisze?
– Miałem normalną córkę, a tutaj widzę jakieś paskudztwo! Natychmiast gadaj, co z nią zrobiłeś, pomiocie piekielny!
– Zjadłem ją – odparła Amanda przez łzy.
– Wypluj ją natychmiast, bestio!!!
– Nie! Nic nie będę wypluwać!
– Masz ją wypluć!!! Bo sam tam wejdę i ją ściągnę!!!
– Ciekawe, jak to zrobisz, jak jesteś większy ode mnie!
Bo faktycznie, Terra nawet nie zauważyła, że rodzice też przeistoczyli się w potwory. Wielkie, kościste, o pustych, czarnych oczach i olbrzymich uśmiechach. Stali zgarbieni, ich kończyny były niezwykle długie, a pazury jeszcze dłuższe.
Wtedy rozległ się płacz dziecka.
– Jasiu!!! – zawołała Amanda.
– Zostaw go, diable!!! – zawołał ojciec i wraz z matką rzucili się do wyjścia. Amanda pobiegła za nimi, ale wtedy otworzyła się wielka czeluść, a tym śnie nie istniała żadna siła, która uratowałaby ją przed wpadnięciem do niej.
JAWA
Wiatr walił w szyby jak oszalały.
Luna czuła, że Terra jest w miarę spokojna. Czasem uderzała w nią nagła fala negatywnych emocji, ale równie szybko odpływała. Nie czuła stałego niepokoju, strachu ani nawet irytacji. Nie nawiązywała kontaktu telepatycznego. Wszystko to wskazywało, że misja przebiegała poprawnie. Lunę to bardzo cieszyło, bo nie było nic gorszego, niż obezwładniający strach, który nawiedzał Terrę w niektórych snach. A gdy Terra coś czuła, Luna dzieliła z nią to uczucie.
Za to Amanda na pewno nie była spokojna. Luna już kilka razy przykrywała ją kołdrą, bo ta zrzucała ją z siebie. Mamrotała pod nosem, rzucała się, kopała powietrze. Dla niej to na pewno nie był przyjemny sen. Raczej romantyczna sytuacja zakończyła się dawno temu.
Ale w pewnej chwili Amanda podniosła się z łóżka, tak spokojnie, jak gdyby nigdy nic. Wsunęła nogi w kapcie i podeszła do biurka. Z kubka na przybory wzięła czarny i czerwony flamaster. A potem zbliżyła się do wielkiego papieru na ścianie i zaczęła tworzyć.
To wcale nie były jakieś bazgroły. Wyglądało na to, że Amanda pisała jakieś słowa, ale Lunie bardzo ciężko było je rozczytać. Poza tym nawet nie miała na to czasu, bo Amanda zmazywała od razu wszystko, co napisała.
Wtedy drzwi się otworzyły, a zza nich zajrzała głowa pani Zarannej.
– Jak tam… Och – przerwała, widząc córkę.
– Lunatykuje – odpowiedziała Luna.
– A co ona tam wypisuje?
– Nie wiem. Nie mogę rozczytać.
Pani Maria podeszła bliżej i stojąc za plecami córki, próbowała rozszyfrować jej bazgroły.
– Jak ona bazgrze… – jęknęła. – Nigdy nie potrafiłam jej nauczyć ładnie pisać.
Ale wtedy Amanda zaczęła rysować całkiem zrozumiałe symbole. Najpierw zapisała liczbę 666, a potem narysowała pentagram.
– Matko święta! – pani Zaranna złożyła ręce. – Ona jest opętana!
– Cii… – powiedziała cichutko Luna. – Bo pani ją zbudzi…
– Co się dzieje? – Do pokoju, jak na alarm, wszedł pan Zaranny. Zobaczył olbrzymi pentagram na ścianie i zaklął.
– Nie wiem co robić… – powiedziała pani Maria przez łzy. – To straszne…
– Czy twoja koleżanka na pewno robi cokolwiek? – spytał pan Maciej jadowitym tonem.
– Tak! Oczywiście! – odpowiedziała Luna gwałtownie. – Ale przecież nie ma wpływu na wszystko, prawda…
Państwo Zaranni pogrążyli się w dyskusji na temat pentagramu, nie zauważając chyba, że Amanda już dawno zamazała ów niepokojący symbol, a zaczęła rysować kwiatki. Je także od razu zmazywała. Potem zaczęła rysować ludziki.
– Już zmieniła dziedzinę – powiedziała Luna wesoło, ale rodzice nie byli raczej uspokojeni.
– Za niedługo przecież to Halloween całe, a ona coś mówiła, że chciałaby świętować… – powiedziała pani Maria cicho.
– Że jak świętować?!
– Jak pomagała mi zbierać dynie, to poprosiła o jedną, żeby zrobić z niej lampion…
– Boże…
Ale wtedy Terrą coś gwałtownie wstrząsnęło. Luną też. Poczuła mnóstwo strasznych, złych rzeczy. Natomiast Amanda upadła z hukiem na ziemię i skuliła się w pozycji embrionalnej.
W śnie wydarzyło się coś złego.
– Byłoby dobrze… Jakbyśmy zostały jednak same – powiedziała Luna cicho. Państwo Zaranni popatrzyli na siebie, nic nie powiedzieli, ale ich wyraz twarzy wskazywał, że się zgadzają. Pan Maciej podniósł córkę i położył ją z powrotem do łóżka. Potem oboje w milczeniu wyszli z pokoju.
SEN
Terra znalazła się w bardzo ciasnym i jednocześnie dość jasnym miejscu. Wyprostowała się lekko, zobaczyła dużą szybę z prawej strony i doszła do wniosku, że była w bagażniku samochodu.
Wychyliła lekko głowę. Zobaczyła na tylnym siedzeniu głowy Inasi i Jasia, a z przodu siedzieli oczywiście państwo Zaranni. W radiu grała piosenka, brzmiąca jak rockowy utwór z lat 80. Brzmiała bardzo znajomo, jednocześnie obco, tajemniczo, trochę smutno. Wokalista mamrotał i Terra nie mogła go zrozumieć, ale mogła to też być wina niskiej jakości dźwięku. Terra żałowała, że najpewniej nigdy się nie dowie, czy ta piosenka istnieje naprawdę, czy jest tylko wytworem wyobraźni Amandy, bo bardzo chciałaby ją usłyszeć jeszcze raz. Na tę chwilę, postanowiła się całkowicie w nią wsłuchać, dopóki nie zamilknie na wieki.
– Jasiu nie ma zapiętych pasów! – wykrzyknęła nagle Amanda.
– To mu zapnij – powiedział pan Zaranny lakonicznie.
– A może się tata zatrzymać?
– Nie.
– Jak ty jedziesz! Zwolnij! – zawołała pani Zaranna.
– Możemy się zamienić, jak ci nie pasuje.
Tymczasem Amanda próbowała usilnie zapiąć pasy młodszego brata, ale coś było nie tak. Terra widziała, że strasznie się z tym męczyła. Po chwili zawołała:
– Jego pas jest przecięty!
– Jak to przecięty?
– No… Normalnie. Nożyczkami, ciach.
– Głupoty gadasz. Pewnie sama przecięłaś.
– Nie, ja naprawdę…
I wtedy głos Amandy zamarł.
– Mój pas też jest przecięty!
– Ta? A mój nie jest.
– Mamo, twój przecież też!
– Amanda, słuchaj ojca. Jak mówi, że jest wszystko w porządku, to ma rację.
– Ale przecież przed chwilą… – jęknęła Amanda, a potem przełknęła głośno ślinę. – Tato, zatrzymaj samochód.
– Po co?
– Bo nie mamy pasów! Jak coś się stanie…
– A co ma się stać?
– Jakiś wypadek…
– Jaki wypadek? Uważasz, że źle jeżdżę?
– Amanda, nie pyskuj ojcu.
Terra też poczuła się niekomfortowo. Miała wrażenie, że pan Maciej, zamiast zwolnić, zdecydowanie przyśpieszył. Nie wiedziała jednak jak bardzo. Dopiero gdy spojrzała za szybę spostrzegła, że świat nie wyglądał już na posiadający kształty, wszystko było rozmazane, wszystko trwało przez chwilę, a potem znikało hen w oddali. Tymczasem piosenka w radiu zmieniła się na inną, choć podobną, prawdopodobnie autorstwa tego samego zespołu.
– Tato, chociaż zwolnij! Jak coś się stanie Jasiowi…
– A co ma się mu stać?
A wtedy coś ich poderwało. Bardzo wysoko.
Terra wypadła z bagażnika. Amanda, Jasiu i ich mama również wypadli ze swoich miejsc. Popatrzyli chwilę na siebie, a potem na malutki, odległy, widoczny za szybą świat.
A potem polecieli w dół.
Terra miała problem z przekonaniem swojego mózgu, że to tylko sen i że wyjdzie z tego cało, nie mogła przeanalizować całej sytuacji na spokojnie. Na domiar złego, Luna zaczęła się dobijać.
– Wszystko gra?! – zapytała zaniepokojona.
– Ambicja to twoja szalona religia… – zaśpiewał wokalista w radiu.
Lecieli w dół, wszyscy coś krzyczeli, ale Terra nie mogła ich zrozumieć, bo całą swoją energię poświęciła na obserwowanie Amandy. Dziewczynce udało się chwycić brata, objęła go i z całej siły przycisnęła go do siebie.
A potem coś ich uderzyło. A potem ciemność.
***
Po takich wydarzeniach najczęściej sen się kończy. Później następuja chwila dla obu osób, żeby odreagowały na jawie to, co właśnie przeżyły w koszmarze. Ale nie w przypadku Amandy, która śniła dalej, a jej sen przeniósł się do zupełnie innej lokalizacji. Szczęściara, już chyba zapomniała, co przed chwilą przeżyła, podczas gdy Terra potrzebowała chwili na odsapnięcie. Usiadła więc na podłodze w kącie szkolnej sali, powoli oddychając i uspokajając siebie w myślach.
– Jak tam? – spytała Luna.
– Umarłam – odparła Terra. – Ale żyję.
– To dobrze. Poczułam przed chwilą coś strasznego… Ale sen trwa dalej?
– Tak, oczywiście. Ale myślę, że niedługo będziemy go kończyć.
Terra, której zmysły wracały do normalności, rozejrzała się wokół siebie. Przez chwilę pomyślała, ze siedzi w swojej starej szkole. Zabawne, że wszystkie placówki oświaty wyglądają tak samo. Te same ławki, krzesła, tablice, szafki. Nawet nauczyciele podobni.
Cała atmosfera tego snu była fatalna. Do sali praktycznie nie wpadało światło, z niemożliwego do zidentyfikowania źródła dobiegały głośne, wysokie dźwięki, bardzo raniące w uszy. Wyczuwalnie zbliżał się punkt kulminacyjny.
Amanda siedziała sama z tyłu. Pisała, albo coś rysowała w zeszycie. Terra nie mogła zobaczyć ze swojego miejsca, co to mogło być. Oprócz niej w sali znajdowało się kilka osób, każda w zupełnie innym miejscu, wszystkie zajęte swoimi telefonami albo książkami. Sprawiało to wrażenie dużej i pustej przestrzeni.
Wtedy drzwi do klasy się otworzyły, a Amanda gwałtownie podniosła głowę. W drzwiach pojawiła się niska, jasnowłosa dziewczynka. Amanda poderwała się, pomachała do niej ręką i zawołała:
– Ola, hejka!
Ale Ola nie zwróciła żadnej uwagi na koleżankę. Poszła dalej, obojętnie minęła ławkę Amandy i usiadła kilka miejsc dalej. Chociaż Terra nie widziała twarzy Amandy, jej mowa ciała była jasna, emanowała rozczarowaniem i smutkiem.
A wtedy drzwi znów się otwarły, ale tym razem gwałtownie i z hukiem, a do środka wparowała grupka głośnych dziewczynek.
– O, patrzcie, kto to przyszedł! – zawołała jedna z nich. Wszystkie podbiegły pędem do ławki Amandy, która się wyraźnie skuliła i zmniejszyła.
– Co tam? – zapytała Amanda. Jej głos lekko drżał.
– Dzisiaj czytałam fajny wiersz – kontynuowała dziewczynka, a koleżanki zaśmiały się chóralnie.
– Jaki?
– Dziś w szkole nie było Amandzi znowu, bo se popłakać musi w swoim pokoju. Jest głupia, gruba i nikt jej nie lubi, a myśli że Maro ją polubi.
Dziewczynki wybuchły radosnym śmiechem.
– Znam – mruknęła Amanda. – To znowu Lucyfer.
– Pewnie. Najlepszy poeta. Umie wyjaśnić. Nie znasz go może?
– Nie.
– To dziwne. Myślałam, że Lipa to taki wygwizdów, w którym wszyscy się znają. Ile tam macie mieszkańców, pięć?
Znów wybuch śmiechu.
– Nie znam.
– Myślę, że twój tata może go znać, więc możesz go spytać. On wszystkich zna, prawda?
Wybuch śmiechu.
– Tak, zna dużo osób. – Głos Amandy nie był już taki spokojny jak wcześniej.
– Będzie dzisiaj w szkole?
– Nie wiem.
– Jak to, nie wiesz? Mieszkacie razem, a nie wiesz? Czy może już nie mieszkacie?
– Przyjechałam rano autobusem, nie wiem, może przyjedzie później.
– Hm… – zastanowiła się dziewczynka. – Może mama Oli wie. Ola, był u was pan Zaranny dzisiaj?
Z ławki dalej dobiegł cichy, ale wyraźny szloch.
– Ola, no nie… – powiedziała Amanda.
– Widzisz? Ola płacze przez twojego tatę. Nie jest ci wstyd?
– Ale to nie moja wina! – uniosła się Amanda. – Nie moja wina…
– Twoja – odpowiedziała dziewczynka poważnie. – Znasz przysłowie, że niedaleko pada jabłko od jabłoni? Pani Kowalska mówiła o nim na lekcji o przysłowiach. A ty nie masz w ogóle sumienia. Nie widać po tobie żalu. Nie wiem, czy ty jesteś człowiekiem, to nie jest normalne.
– Przestań, to niemiłe.
– Nie ma być miłe. Ktoś ci musi w końcu powiedzieć parę słów wprost. Pamiętasz, jak ksiądz na rekolekcjach mówił, że jedno zgniłe jabłko doprowadza do tego, że dobre jabłka także gniją?
– Przecież ty w ogóle do kościoła nie chodzisz…
– Ale wtedy przyszłam! I to prawda, tym jabłkiem jesteś ty. Niszczysz atmosferę w naszej klasie. Ty i twój stary, ta zgniła jabłoń. Czy ty nie rozumiesz, że nie chcemy cię tutaj?
Amanda wstała gwałtownie. Chwilę potem szkolne krzesło zostało wzniesione w górę.
Głośny huk rozszedł się po podłodze, ścianach, sufitach.
Dotychczas pusta klasa wydawała się nagle wypełnić ludźmi. Wszyscy patrzyli w tym samym kierunku. Mnóstwo krzyków, wszystkie o podobnym przesłaniu.
– Boże, co ty robisz, wariatko!
– Zostaw ją!
– Wiedziałam, że ona nie jest normalna!
Jednak nikt nie reagował. Wszyscy stali, patrzyli, komentowali, lecz nikt nie zdecydował się uratować okładanej dziewczynki. Sama Amanda musiała się w pewnym momencie zreflektować i zamarła, a krzesło z hukiem upadło na ziemię.
– Jesteś diabłem – syknęła wyraźnie obolała dziewczynka. – I pomyśleć, że ja cię lubiłam!
Amanda nie odpowiedziała. Kopnęła krzesło z całej siły, a potem podniosła się i wybiegła z klasy. Terra ruszyła za nią.
Szkolny korytarz wydawał się być ogromny oraz strasznie ciemny. Duże okna w ogóle nie przepuszczały światła. Terra szybko straciła Amandę z oczu i mogła kierować się jedynie tupaniem jej butów.
Wtedy rozległ się w ciemnościach huk, tak jakby coś ciężkiego spadło na ziemię. Terra podbiegła do miejsca, w którym, jak się wydawało, było źródło dźwięku. Udało jej się dostrzec zarysy dwóch postaci – Amandy oraz kogoś jeszcze. Nie miała pewności, kto to, ale miała przeczucie, że jest to ten sam chłopak, który pojawił się na samym początku snu.
– Sorry, Maro – powiedziała Amanda słabym głosem.
– Zejdź ze mnie – odpowiedział chłopak.
– Przepraszam, nie chciałam na ciebie wpaść…
– Czy możesz mnie nie dotykać? Zakazisz mnie – odparł jadowicie.
– P-przepraszam…
I pobiegła dalej.
Korytarz na samym końcu zrobił się nieco jaśniejszy oraz mniejszy. Terra dostrzegła drzwi prowadzące najpewniej do łazienek. Amanda wbiegła przez jedne z nich.
Toaleta była również dość ciemna, chociaż jaśniejsza niż korytarz, oraz bardzo ciasna. Amanda podeszła powoli do umywalki. Zdawało się, że w toalecie nie ma lustra, całe szczęście.
Dziewczyna nie płakała, nie krzyczała, patrzyła pusto w ścianę przed siebie.
– Chyba nie jesteś lubiana w klasie? – spytała Terra.
– Tata nie kocha już mamy, a to jest widocznie moja wina – odparła Amanda cicho.
– Poważnie, tak uważasz?
– Chyba tak.
– Nie odpowiadasz za to, co robią twoi rodzice. A twoja koleżanka ma coś nie tak z głową.
– Ma rację. Niszczę atmosferę w klasie. Przecież widzę, jak wszyscy koledzy się zmieniają, gdy tylko mnie widzą.
A wtedy to toalety ktoś wszedł. Była to Ola, całkowicie spokojna i niewzruszona. Amanda aż podskoczyła, gdy ją ujrzała.
– Ola, ty chyba się na mnie nie gniewasz? – spytała smutno.
Ola nie odpowiedziała, patrzyła wciąż tak samo spokojnie na Amandę.
– Przepraszam cię, Ola, że tak to wyszło…
– Dlaczego tu przyszłaś? – spytała zimno.
– No… Bo muszę, nie?
– Nikt cię tu nie chce.
– Ale co ja mam zrobić? Muszę chodzić do szkoły.
– A co ja mam zrobić? Też muszę chodzić. I muszę codziennie widzieć tę twarz, która zniszczyła mi rodzinę…
Ola zaczęła płakać. A Amanda, patrząc w podłogę, milczała. I tak to trwało przez dłuższą chwilę.
– Jak ja mam to naprawić? – spytała Amanda. – Co mogę zrobić?
– Zniknąć i dać mi spokój! – zawołała Ola, wybiegając z łazienki.
Amanda odwróciła się w stronę umywalki, nad którą nagle pojawiło się lustro.
– Nie patrz tam… – powiedziała Terra.
Dziewczyna jednak popatrzyła przez ułamek sekundy, dostrzegła piekielnie czarne oczy i rozbiła lustro pięścią. Umywalka i podłoga były pełne szkła. Amanda upadła dramatycznie na kolana, wzięła w dłonie garść odłamków i ścisnęła je.
– Może jak pozbędę się z siebie diabelskiej krwi to wszystko wróci do normy… – jęknęła rozpaczliwie.
– Zostaw to – powiedziała Terra rozkazująco. – Wstań z ziemi.
– Może jak odprawię pokutę, to wszystko wróci do normy… Kiedyś tak robiono, prawda?
– Ty nic nie odprawiaj. Słuchaj mnie uważnie. To jest sen. Ale nie budź się jeszcze.
Amanda gwałtownie podniosła głowę i spojrzała na Terrę wzrokiem typowym dla osoby, która właśnie dowiedziała się, że śni.
– Aha. To ty – mruknęła, wstając z ziemi. Krew spływała z jej dłoni i kolan.
– To ja.
– Świetnie mi pomogłaś, dzięki! Miałam tak złe sny, a ty nic nie zrobiłaś…
– Powiedz mi, dlaczego rozwieszałaś te plakaty?
Atmosfera snu uległa zmianie. Łazienka nie była już łazienką, a jakimś dziwnym, jasnym pomieszczeniem. Zrobiło się też zupełnie i nienaturalnie cicho, tak cicho, że Terra słyszała swoje narządy wewnętrzne.
– Co? – spytała Amanda.
– Dlaczego zostałaś Lucyferem z Lipy?
– Ale głupoty gadasz! – fuknęła Amanda. – Dlaczego miałabym… To przecież jakiś kretyn, albo grupa kretynów, którzy nas prześladują, nie ja!
Terra jedynie patrzyła oczekująco na Amandę.
– Nie wiem. Głupie to było. Ale jak już zaczęłam, to nie chciałam kończyć.
– To dosyć nietypowe, żeby szkalować nie tylko swoich rodziców, to jeszcze samą siebie.
– Bo myślałam, że coś zrozumieją! – zawołała Amanda rozpaczliwie. – Że zrozumieją, że to nie są żadne „sprawy dorosłych” i to mnie również dotyczy, bo straciłam najlepszą przyjaciółkę przez mojego tatę, a mama udaje, że nic się nie dzieje… Tylko do mnie mają problemy, że jestem „dziwna”. Ale może mają rację. Jestem dziwna, jestem złym dzieckiem.
Terra patrzyła na Amandę, czując, że ta zaraz zacznie opowiadać więcej, żeby zdjąć ciężar z serca.
– Przeczytałam o tym kiedyś na jednej stronce. Była taka sprawa, że ktoś wysyłał jednemu facetowi jakieś groźby, a potem rozwieszał obrażające go plakaty. Oskarżał go o coś podobnego… No i się zainspirowałam. Myślałam, że rodzice po czymś takim się ogarną, ale nie. Udawali, że nic się nie dzieje.
Terra słuchała uważnie. Po głosie było słychać, że Amanda pozbywa się naprawdę ciężkiego balastu.
– Ciągle się kłócą. Całe noce i całe dnie wrzeszczą na siebie i rzucają rzeczami. Nie mogę przez nich spać. Nie mogę też spać wtedy, gdy ich nie ma w domu. Zagłuszam ich muzyką, ale i tak docierają do mnie niektóre ich słowa. Mój mały braciszek też ciągle płacze i wiem, że to przez nich. Ci idioci myślą, że on nic nie rozumie, a on rozumie doskonale.
Terra pokiwała głową ze zrozumieniem.
– To, co tam wypisywałam, to i tak nic przy tym, co myślę o sobie i o nich – fuknęła. – Więc mnie to w ogóle nie ruszało. Jestem szatanem, jestem najgorszym, co istnieje. Mam takie okropne myśli. Jestem tak samo zła, jak moi rodzice, mam w sobie ich złą krew.
– Co masz na myśli?
– Za dużo myślę… – powiedziała Amanda przez zaciśnięte gardło. – O złych rzeczach. Grzeszę myślami. Nawet boję się z nich spowiadać, bo ksiądz mnie wyklnie, albo wyśle na jakieś egzorcyzmy... Nigdy wcześniej nie miałam takich myśli, żeby kogoś, żeby kogoś… Widziałaś przecież sama, co zrobiłam Dominice w tym śnie! Próbuję te myśli zagłuszać, ale nie potrafię, mam ochotę wtedy rozdrapać sobie mózg, walić głową ścianę tak, żeby przestać w ogóle myśleć… Ja naprawdę nie chcę mieć takich myśli, ale nie mogę ich powstrzymać! Boję się, że kiedyś je zrealizuję…
Terra pokiwała głową.
– Ola nie rozmawia ze mną w ogóle, a przyjaźniłyśmy się. A Dominika… Coś ją uderzyło chyba. Nie prześladuje mnie, ani nic. Ale od dawna czuję, że inaczej się do mnie zwraca. Odpowiada mi półsłówkami, nie żartuje ze mną. Zresztą, wiem, że mnie obgaduje za plecami. Inne dziewczyny obgaduje, więc czemu nie mnie.
Amanda milczała przez chwilę.
– Ja po prostu mam dość. Rodziców, koleżanek, ich wszystkich. I samej siebie mam dość najbardziej. Pewnie myślisz, że jestem głupia, co?
– W ogóle – odparła Terra.
– Wiem, że myślisz – mruknęła Amanda. – Bo jestem głupia. Jak but.
– Trochę dziwna, ale w granicach normy.
– Mhm. To co teraz? Miałaś mi pomóc. A teraz czuję się jeszcze gorzej niż wcześniej.
– Cóż… – zaczęła Terra poważnie. – Są pewne rzeczy, na które dzieci nie mają wpływu. Nie naprawię twoich rodziców.
– No właśnie! – zawołała Amanda. – Mi nic już nie może pomóc! Może jakbym wyjechała gdzieś daleko, zaczęła nowe życie…
– Po pierwsze, skończysz z tymi paszkwilami.
– Nie wiem, uzależniłam się od ich pisania…
– Po drugie, czy kiedykolwiek mówiłaś rodzicom wprost, jak się czujesz?
– A jaki to ma sens? Oni nic nie zrozumieją i tak.
– Dorośli to idioci. Nigdy nic nie rozumieją. Musisz powiedzieć im wprost, jak źle się czujesz.
– I niby mnie wtedy zrozumieją? – zaśmiała się Amanda pod nosem.
– Nie wiem, ale tobie będzie lepiej.
– Ach, tak. Na pewno.
– Zwróciłaś im kiedykolwiek uwagę, żeby przestali wrzeszczeć w nocy, bo chcesz spać?
– Nie. Boję się do nich wtedy podchodzić.
– No właśnie.
– A ty byś się nie bała?
– Bałabym, ale bym to zrobiła.
– Łatwo ci mówić.
– A po trzecie… Każdy ma takie niefajne myśli, jak ty.
– Co, poważnie?
– To znaczy, nie wiem, czy każdy, ale podejrzewam, że tak. Mało kto się do tego chce przyznać.
– Nie, naprawdę? Ty też masz tak, że jak patrzysz na swoją ukochaną osobę, to myślisz o tym, że chcesz ją uderzyć? – spytała Amanda. W jej głosie słychać było ulgę.
– Tak. A nigdy nikogo nie uderzyłam. Bo to są tylko myśli, których nie kontroluję. Ty zrobiłaś komukolwiek krzywdę?
Amanda milczała.
– Nie wiem, czy z natury jesteśmy dobrzy czy źli, ale za to wiem, że zło często próbuje zdobyć nad nami władzę. To naturalne. Wiesz dobrze przecież, że te myśli są złe, a czy gdybyś była złym diabłem, wiedziałabyś, że są złe?
– No… Chyba nie.
– Jedyny, ale największy problem jaki z tobą widzę jest taki, że wszystko chowasz w sobie. Uzewnętrzniasz się jedynie w postaci Lucyfera. Nie pomogę twoim rodzicom, nie pomogę twojej przyjaciółce, ale mogę pomóc tobie. Lucyfer nie jest czymś, co próbuje cię opętać. On jest częścią ciebie od zawsze i zawsze będzie. Ale wiem, że nie dasz mu nad sobą władzy, bo jesteś dobrą osobą. Zobaczyłam to w twoich snach.
Ale sen już powoli się kończył, a pusta przestrzeń zaczynała nabierać kolorów i kształtów pokoju Amandy.
JAWA
– Naprawdę, to Amanda rozwieszała te plakaty? Niemożliwe!
– Jasne.
– Powiedziała ci to sama, czy jakoś ją nakryłaś?
– To drugie.
– Wow… Jak to tego doszłaś? Nigdy bym na to nie wpadła.
– Widziałaś, ile ona miała tych plakatów w pokoju? Nawet w plecaku, który chciała wziąć na spacer. To nie były plakaty ściągnięte przez nią, tylko przygotowane do rozwieszenia. Upewniłam się w mojej teorii, gdy w snach wydarzyło się kilka rzeczy, które zinterpretowałam tak, że Amanda ukrywa jakąś stresującą tajemnicę. W dodatku co chwilę pojawiał się motyw diabła, z którym Amanda została utożsamiona przez swoją podświadomość. Trochę zaimprowizowałam, bo do końca nie byłam przekonana, czy mam rację. Ale okazało się, że trafiłam.
– Nieźle… Chciałabym być tak mądra, jak ty.
– Wcale nie jestem jakoś szczególnie mądra.
– Nie mów tak – uśmiechnęła się Luna. – Nie spotkałam jeszcze nikogo mądrzejszego niż ty.
– Raczej nie mam dużej konkurencji.
Luna zaśmiała się lekko, a potem oparła głowę o ścianę.
– Chyba pójdę w kimę, śpiąca się robię.
– Ja też chętnie zapadnę w jakiś normalny sen.
– To dobranoc?
– Dobranoc.
I obie dziewczynki, wtulone w siebie, natychmiast usnęły na schodach do piwnicy.
***
– O, a wy tu jesteście! Szukaliśmy was, myśleliśmy, że już sobie poszłyście!
Luna otworzyła oczy, podniosła głowę i ujrzała stojącą w drzwiach Amandę.
– Hej… – odpowiedziała nieco nieprzytomnie. – Przysnęło nam się, ahaha… Która jest godzina?
– Już jest rano! Słuchajcie, co wam powiem, nie uwierzycie, co się stało.
Amanda zbiegła po schodach i przykucnęła przed śpiącymi dziewczynkami.
– Terra, wstawaj, bo Amanda chce nam coś powiedzieć. – Luna poszturchała trochę towarzyszkę, która nadal była niezbyt przytomna, ale po chwili przeciągnęła się i otworzyła oczy.
– Co jest? – spytała Terra.
– Tata wrócił i wiecie co? Przeprosił mnie! Mnie i mamę. Byłam tak zdziwiona, nie sądziłam, że to się może zdarzyć, myślałam, że takie rzeczy tylko w bajkach…
– Ojej, to świetnie! – Luna klasnęła w dłonie.
– Rodzice wybaczyli mi te plakaty, było im głupio, że to oni doprowadzili do tego stanu. A ja im obiecałam, że jeśli po tygodniu będę nieco bardziej wyspana, to wrócę do szkoły i będę się starać… A wiecie, co na to mama? Że szkoła nie jest teraz najważniejsza! Że mam sobie dać czas, żeby wyzdrowieć, a potem będę się uczyć! Myślałam, że ktoś mi rodziców zamienił. Ale mimo to, i tak napisałam do Dominiki, żeby mi wysłała lekcje z polskiego i z matematyki, postaram się trochę nadrobić zaległości… Może mi później odpisze. A jeśli nie, to napiszę może do Oli…
– Czyli że wszystko się ułoży? – spytała Luna z uśmiechem.
– Tak! Mam nadzieję, że tak! Wiecie, rodzice już poszli spać, ale ja nie mogłam, jestem tak podekscytowana…
– To świetnie! – powiedziała Luna z entuzjazmem. Spojrzała na Terrę i natychmiast jej radość jakoś uleciała. Towarzyszka sprawiała wrażenie ponurej, wpatrywała się w ziemię.
– Coś nie tak, Terra? – spytała zmartwiona.
– Cieszę się, że mogłam wam pomóc, ale to dopiero początek… – powiedziała Terra. – Jeśli po długim zachmurzeniu wyjdzie nagle słońce, to może ono równie nagle się schować.
– Jasne – odparła Amanda poważnie. – Wiem, o co chodzi.
– Zostawię ci miksturę, powinna ci starczyć na miesiąc. Po tym czasie powinnaś już zacząć spać normalnie.
– No to… Chyba będziemy ruszać, co, Terra? – spytała Luna. – Skoro już właściwie zrobiłyśmy wszystko, co trzeba?
– Nie, nie! – uniosła się Amanda. – Tata powiedział wcześniej, że odwiezie was na dworzec. Pomyślał, że sobie już poszłyście, więc poszedł spać. Obudzić go?
– Nie budź go, poczekamy te kilka godzin – powiedziała Luna wesoło. – Co o tym myślisz, Terra?
Terra patrzyła w ścianę.
– Coś nie tak? Śpieszymy się gdzieś?
– Ech, niech już będzie – mruknęła. – Ale teraz idę się przejść. Idziesz ze mną?
– Jasne!
– Ale mogę z wami, prawda? – spytała Amanda.
– Oczywiście, że tak!
Czerwone słońce wschodziło na tle pomarańczowo-żółtego nieba, a towarzyszyła mu nieodłączna towarzyszka, świetlista Jutrzenka. Chmury, tak gęste i potężne jeszcze poprzedniego wieczoru, teraz były rozrzedzone, a wiatr, jeszcze kilka godzin temu tak silny i donośny, teraz uspokoił się zupełnie. Świat był cichy, jeszcze nieprzebudzony do końca, otulony mgłą.
Do dziewczynek podbiegł radosny czarny piesek, szczekając donośnie i merdając ogonem. Wskoczył na Amandę, a ta zaczęła go czochrać.
– To jest Smok – powiedziała wesoło.
– Mogę go pogłaskać?! – spytała Luna, uradowana.
– Pewnie, oczywiście!
I zarówno Luna, jak i Terra zabrały się za pracowite głaskanie mięciutkiego futerka Smoka, który był tym bardzo podekscytowany.
Potem wszyscy w czwórkę poszli na pole znajdujące się za podwórzem Zarannych. Mieli prawo moralne w sobie, a Słońce i Wenus przed sobą. Otaczała ich pusta, cicha przestrzeń, a co jakiś czas przemykał wzdłuż horyzontu cień samochodu, który nie wiadomo skąd i dokąd zmierzał.
– Wiecie, że kiedyś nazywali Wenus widoczną rano Lucyferem? – spytała Terra, patrząc na bystry blask odbijany przez planetę.
– O, no nieźle. Co za przypadek – powiedziała Amanda bez zaskoczenia.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz