14 lip 2026

Czy pamiętasz moje imię?

edytuj post! +

Kiedy moje życie właśnie się załamywało, poczułam nagle zapach konwalii.

Nie przywrócił mi on żadnych złych wspomnień. Nie zobaczyłam żadnych tragedii przed oczami. Wygenerował jedynie takie uczucia, których już od dawna nie czułam, które od dawna byłe skryte w otchłani mojej pamięci, zagrzebane o wiele przyjemniejszymi wrażeniami niczym gruzem i które miały być zapomniane na wieki. Ten słodki zapach wyciągnął je na światło dzienne. Odtąd nie istniało już nic innego.

Wiedziałam, że dobrze znam nosicielkę tego zapachu. Nie miałam jednak pojęcia skąd. Próbowałam sobie przypomnieć – czy pracowałam z nią kiedyś? Czy była moją koleżanką z klasy? Czy była daleką kuzynką, z którą spotkałam się kilka razy na weselu dalszych krewnych? Nie mogłam dopasować jej twarzy do żadnego namacalnego wspomnienia, nieważne, jak panicznie szukałam. Nie przypominała mi żadnej dobrze znanej mi osoby. Wysoka, ciemnowłosa, uśmiechnięta. Dość sympatyczna, ładnie ubrana. Słowem, nie była kimś, kto powinien powodować tak gwałtowne reakcje w moim organizmie i włączać tryb walki lub ucieczki. Nie wybrałam żadnego z nich, nie byłam w stanie. Pozostałam w odrętwieniu, nadal próbując poukładać sobie w głowie, kim ona może być.

– Nie chowaj przede mną swych oczu – powiedziała łagodnym, bardzo przyjemnym głosem. Dlaczego bałam się kogoś z takim głosem? – Widzę, że płaczesz.

– Nie płaczę – mruknęłam, nadal chowając swój wzrok przed jej wzrokiem. Bałam się spojrzeć w jej oczy. Wiedziałam, że jak to się stanie, uświadomię sobie coś straszliwego. Nie chciałam tej świadomości.

– Płaczesz. I najprawdopodobniej masz jakiś powód, żeby płakać. Ludzie rzadko płaczą dla kaprysu. Może mogę ci pomóc?

– Nie… Nie sądzę.

– To pozwól mi zgadnąć. Dlaczego młoda dziewczyna płacze w parku, zamiast w zaciszu swojego pokoju? Prawdopodobnie albo go nie ma, albo nie może do niego wrócić.

Podniosłam głowę tak szybko, że nie zdążyłam przemyśleć, co robię. Patrzyłam na nią, nadal uśmiechniętą, bardzo ładną, ubraną w długi, czerwony płaszcz. Pozazdrościłam jej tego płaszcza. Pozazdrościłam jej też włosów, długich, falowanych i delikatnych. Gdybym ja takie miała…

Wtedy poczułam, że nieznajoma chce mi spojrzeć w oczy. Znowu się schowałam przed jej wzrokiem.

– Mhm – mruknęłam. – Narzeczony wyrzucił mnie z mieszkania.

– Chyba już były narzeczony, dobrze rozumiem?

– Tak, raczej tak.

– Nie masz żadnej koleżanki, do której mogłabyś pójść? Nie masz rodziny?

– Nie. Nie mam koleżanek, a moi rodzice od dawna mieszkają za granicą. Ja w ogóle nie znam tego miasta. Mieszkaliśmy razem krótko.

Czułam, jakby coś zaczęło się roztapiać, a coś uspokajać. Pozwoliłam sobie znów unieść głowę i popatrzeć na piękną i demoniczną nieznajomą. Jest przecież dla mnie taka serdeczna, czemu mam się jej bać?

– Rozumiem – powiedziała ze smutkiem, ale lekki uśmiech nadal nie znikał z jej twarzy. Czy kpiła sobie ze mnie? Czy może chciała podnieść mnie na duchu? – Bardzo rozumiem. Ale chyba mogę ci pomóc.

– Naprawdę?

Spodziewałam się, że zaproponuje mi nocleg u niej lub u kogoś znajomego, nic więcej nie oczekiwałam.

– Wyjdź z parku główną bramą. Idź w lewo. Potem na skrzyżowaniu również skręć w lewo. Przejdź na drugą stronę. Wejdź w trzecią ulicę, przejdź ją do końca. Zobaczysz tam blok z numerem 33. Podejdź do trzeciej klatki, zadzwoń do mieszkania numer 3. Tam zamieszkasz.

Patrzyłam się na nią jak w obrazek.

– Poważnie?

– Oczywiście. Wszystko zobaczysz na miejscu.

– Niesamowite… Dziękuję – powiedziałam, podnosząc się powoli z ławki.

– Hm… – powiedziała nieznajoma, gdy zrobiłam kilka kroków.

– Tak?

– Pierścionek ci już pewnie niepotrzebny?

– No… Już nie.

Patrzyła na mnie znacząco.

– Rozumiem – odparłam. W tamtym momencie mi zupełnie na nim nie zależało i nie zamierzałam o niego walczyć. Zdjęłam pierścionek z palca i dałam go nieznajomej.

– Nie ma sprawy – odpowiedziała nieznajoma. – Jeśli jeszcze będziesz potrzebować pomocy, może dam radę ci pomóc. – Zaśmiała się serdecznie i ruszyła w drogę. – Na razie.

– Na razie.

Patrzyłam jak odchodzi. Czerwony płaszcz za nią powiewał, a długie włosy latały na wietrze. Czułam, jak napięcie ze mnie spadało, widziałam wyraźnie, jak zagrożenie przemija. Zanim do głosu doszedł rozsądek, że pewnie zostałam właśnie wykorzystana przez sprytną oszustkę, zaczęłam iść jak w transie w kierunku poleconym przez kobietę. Brama, skręt w lewo, skręt w lewo, trzecia ulica, blok 33… Zadzwoniłam do domofonu.

Okazało się, że mieszka tam starsza pani, która zamierza się wyprowadzić i chce sprzedać to mieszkanie. Cena była śmiesznie niska, część mogłam zapłacić od razu z oszczędności, a część zadeklarowałam się spłacić w przyszłości. Zostałyśmy w kontakcie, a ja miałam już własne miejsce, w którym mogłam żyć.

Ale ta kwestia była dużym problemem. Nie miałam pracy. Nigdy nie pracowałam w żaden sposób, nie podejmowałam w życiu prac dorywczych, nie ukończyłam nawet szkoły średniej. Nie posiadałam zupełnie doświadczenia. Nic więc dziwnego, że nie mogłam znaleźć żadnego zajęcia. Tymczasem pani, od której miałam mieszkanie, stale się przypominała o sobie i o konieczności dopełnienia formalności. W końcu oznajmiła, że naśle na mnie policję żeby mnie wyrzucili z mieszkania, które przecież formalnie nadal było jej. Byłam przerażona, wysyłałam wszędzie CV, w którym to dopisywałam sobie coraz to bardziej zmyślone doświadczenie, chodziłam z kopiami po wszystkich sklepach i instytucjach, wierząc, że może jak pojawię się twarzą w twarz, to szansa będzie większa… Nic z tego, każdy mi dziękował. Udało mi się sprzedać już praktycznie wszystko, co miałam, ale nie było tego wiele.

Tego dnia byłam strasznie zmęczona tym chodzeniem po sklepach i knajpach, ale jeszcze bardziej byłam głodna. Już nie miałam nawet ani grosza, nie jadłam nic od kilku dni. Właśnie wyszłam z pizzerni i myślałam, że albo oszaleję, albo się rozpłaczę.

A wtedy blady strach spadł na mnie, gdy poczułam zapach konwalii.

– Cześć – usłyszałam znów ten przyjemny głos.

– Hej – mruknęłam.

– Źle wyglądasz – zauważyła nieznajoma.

– Naprawdę?

– Tak.

– Jestem głodna. Okropnie.

– Masz. – Wyjęła z kieszeni batona proteinowego i podała go mi. Rzuciłam się na niego jak wygłodniałe zwierzę.

– Nie masz pieniędzy?

– W ogóle. Nie mam nic – powiedziałam z pełnymi ustami.

– Ale masz ładny naszyjnik.

– Szkoda mi go sprzedać. Dostałam go od babci na pierwszą komunię.

– Nie sprzedasz go, tylko mi oddasz w zamian za pracę. Odpowiada ci taka wymiana?

Nie odpowiadała. Już zdążyłam zatęsknić za moim pierścionkiem, bo uświadomiłam sobie, że gdybym go sprzedała, nie byłabym w takiej sytuacji, w jakiej jestem teraz. Mogłam sobie ułożyć życie na przynajmniej kilka lat. Ten naszyjnik nie był drogi, prawie na pewno nie był z prawdziwego srebra, ale za to miał dla mnie bezcenną wartość sentymentalną.

– Opłacę ci to mieszkanie, dobra? Nie będziesz musiała już o tym myśleć.

– Skąd o tym wiesz?

Chyba wtedy po raz pierwszy spojrzałam w jej oczy, a ona spojrzała w moje. Ujrzałam coś strasznego, czego nie potrafiłam nazwać. Miałam wrażenie, że jakiś koszmar chce wypełznąć na światło dzienne, a całe moje jestestwo chce go ukryć z powrotem. Nie patrzyłam już w jej oczy więcej.

– Ja wiem wszystko – zaśmiała się. Coś było strasznego w tym śmiechu. Czułam, jakbym zrobiła się nagle o wiele cięższa. Nie wiedziałam, co robić dalej. Patrzyłam w chodnik. Czułam, że ona patrzy na mnie.

– Cóż, wolna wola. Każdy ma prawo umrzeć tak, jak chce.

Moje ręce były całkowicie ścierpnięte i miałam problem z rozpięciem naszyjnika. Wtedy nieznajoma podeszła i zrobiła to za mnie. Zapach konwalii był przeraźliwie intensywny. Moje ciało zamarło pod wpływem ciepła jej delikatnych dłoni.

– Przejdź tą ulicą do końca. Skręć w prawo, potem w lewo. Tam będzie taka malutka uliczka z boku. Mały, różowy budynek. Czekają tam na ciebie.

Nie popatrzyłam już na nią, nie pożegnałam się. Pobiegłam tam, gdzie mi wskazała, modląc się, żeby moje życie mogło się teraz odmienić.

Jak się okazało, różowy budynek nie był żadnym burdelem czy inną speluną. Był niewielką kawiarnią, do której prawie nikt nie przychodził i gdzie faktycznie pilnie poszukiwali pracownika. Nic nie musiałam umieć, na żadne pytania nie musiałam odpowiadać. Od tej pory żyłam już spokojnie. Oczywiście nie zarabiałam kokosów, nie mogłam sobie pozwolić na większe przyjemności, ale mogłam przeżyć miesiąc. Kwestia mieszkania też została wyjaśniona.

Brakowało mi jednak czegoś. Byłam strasznie samotna. Rozmawiałam z dziewczynami w pracy i bardzo je lubiłam, ale potrzebowałam miłości. Przyłapałam się, że tęsknię za swoim byłym narzeczonym, choć tak okropnie mnie traktował. Parę razy nawet do niego napisałam. Nie dostałam odpowiedzi, na całe szczęście.

Siedziałam w parku, wdychałam rozkoszny zapach pachnących jabłoni i słuchałam smutnej miłosnej muzyki, dobijając się jeszcze bardziej. Zamykałam oczy, zwracałam twarz w stronę gorejącego słońca i pragnęłam, żeby ktoś tu siedział ze mną.

Wtedy zapach jabłoni został przytłumiony przez syntetyczne konwalie. Otworzyłam oczy gwałtownie.

– Cześć.

Była taka sama jak ostatnio, w identycznym czerwonym płaszczu, identycznie uśmiechnięta. Prawie jakby nie ulegała żadnym transformacjom. To było nienaturalne. Może to właśnie to tak strasznie mnie w niej niepokoiło.

– Hej – powiedziałam cicho. – Chciałam ci podziękować.

– Nie ma sprawy. W końcu nie zrobiłam tego bezinteresownie, prawda? – zaśmiała się.

– Czy ty żyjesz z tego, że pomagasz ludziom w zamian za ich biżuterię? – spytałam z przekąsem.

– Hm… Chyba tak – powiedziała beztrosko. – Z czegoś trzeba żyć. A ty? Nie masz jakiegoś problemu? Widzę, że jesteś strapiona.

– Nie… Nieważne. I tak to nie jest aż takie ważne. I tak nie mam już jak ci za to zapłacić.

– Niech zgadnę. Dlaczego młoda dziewczyna siedzi w piątek wieczorem sama w parku? Bo nie ma żadnego towarzystwa.

– Nie potrzebuję żadnego towarzystwa.

– Potrzebujesz, bo ludzie to istoty społeczne. Poza tym widzę, że ty nie jesteś typem, który czerpie siłę z samotności.

– Znajdę sobie kogoś – mruknęłam. – Poradzę sobie.

– Jutro o ósmej ktoś przyjdzie do twojej pracy. Porozmawiaj z nim – uśmiechnęła się, a uśmiech ten zaniepokoił mnie bardziej niż wszystkie inne jej uśmiechy. – Będziesz miała szczęśliwe zakończenie.

– Mhm – mruknęła. – I co teraz? Nie mam ani pierścionka, ani naszyjnika. Chcesz moje buty? To moje jedyne buty.

– Nie… – zaśmiała się. Trochę wręcz złośliwie. – Chcę twojego dziecka.

– Słucham?

– Przyjdę kiedyś po nie.

– Nie zamierzam mieć dzieci. W ogóle to nie lubię dzieci, nie mam instynktu macierzyńskiego. To był jeden z powodów, czemu narzeczony ze mną zerwał.

Ale nieznajoma nic na to nie odpowiedziała. Wtedy, gdy na nią patrzyłam, czułam coś innego niż strach. Obrzydzenie. Ona mnie brzydziła. I żadne konwalie, żaden piękny płaszcz tego nie zmieniały.  Dopiero teraz do mnie dotarło, jak bardzo chcę ją przepędzić.

Wstałam z ławki i poszłam w swoim kierunku. Nie poszła za mną, nic nie powiedziała, a ja już nie spojrzałam w jej stronę.

Następnego dnia o ósmej przyszedł do nas klient. Kilka tygodni później byliśmy już parą. Po kilku latach – małżeństwem. Nieznajoma stała się już tylko dziwnym wspomnieniem. Zapach konwalii zniknął gdzieś w dziejach.

Pewnego dnia powitaliśmy na świecie naszą śliczną córkę. Dopiero gdy na nią spojrzałam po raz pierwszy, przypomniałam sobie o przedziwnej wymianie, jaką złożyłam przed laty kobiecie, której imienia nawet nie znałam. Miłość do córki i radość z jej pojawienia się na świecie przytłumił strach, że ona kiedyś tutaj przyjdzie i ją zabierze. Mój największy skarb, który powinnam chronić przed czyhającymi wszędzie niebezpieczeństwami, może zostać mi odebrany tak, jak odebrany został pierścionek i naszyjnik. Nie mogłam na to pozwolić i byłam przygotowana, że jeśli nieznajoma pojawi się w moim życiu, będę walczyć.

Tego dnia byłam sama w domu i oczekiwałam na kuriera, także moja czujność była uśpiona. Demoniczna kobieta wykorzystała to. Nie byłam zdziwiona, gdy poczułam ten zapach, gdy ujrzałam ją w progu swoich drzwi – nadal taką samą, nadal w tym samym czerwonym płaszczu, nie postarzałą ani o rok. Jedyne co czułam to wściekłość.

– Nie, nie oddam ci jej – fuknęłam, chcąc zamknąć drzwi, ale kobieta spokojnie zrobiła krok przed siebie i zastawiła je.

– Ale czemu tak niekulturalnie? Ani dzień dobry, ani nic… – spytała z rozbawieniem.

– Czy możesz sobie pójść?

– Obiecałaś mi coś i po to przyszłam.

Patrzyłam na nią, a na patrzyła na mnie. Była obrzydliwa, obślizgła. Pragnęłam zrobić jej krzywdę. Trzasnąć tymi drzwiami, uderzyć ją. Ale coś dziwnego mnie powstrzymywało. Chyba ten strach nadal mnie obezwładniał. Konwalie wciąż mnie oszałamiały.

– Nie. Nie oddam ci jej.

– Czemu, Anno?

Wtedy coś mnie uderzyło. Ona mnie uderzyła moim własnym imieniem. Czy my się w ogóle sobie przedstawiłyśmy? Ja nie pamiętałam jej imienia. Na pewno mi go nie podawała, nie zapomniałabym go.

Popatrzyłam na nią, milcząc, a ona się cicho zaśmiało.

– A ty, pamiętasz może, jak mam na imię?

Milczałam dalej.

– Daję ci trzy dni.

– Co?

– Daję ci trzy dni na przypomnienie sobie mojego imienia.

– Przecież nigdy mi go nie powiedziałaś… – powiedziałam niepewnie, a nogi mi zmiękły.

– Nie powiedziałam? Myślałam, że mnie pamiętasz – uśmiechnęła się złośliwie. – Myślę, że powinnaś mnie pamiętać. Jutro przyjdę i znowu zapytam, dobrze?

Odwróciła się i zeszła po schodach.

Zamknęłam drzwi na wszystkie spusty. Wróciłam do pokoju i z ulgą stwierdziłam, że moja córka śpi najspokojniejszym snem. Nic jej nie groziło i nic jej nie będzie grozić. Wystarczy, że przypomnę sobie imię tej wariatki.

Może ja ją spotkałam wcześniej, przed tym feralnym dniem. Pewnie spotkałam. W jakiś sposób ją przecież kojarzyłam. Próbowałam sobie przypomnieć wszystkie koleżanki ze szkoły. Wspomnienie żadnej z nich nie pasowało do obrazu tej demonicznej kobiety. Przypominałam sobie wszystkie dziewczyny z podwórka, zapoznane przy różnych okazjach. Obudziło to we mnie tyle wspomnień, byłam w szoku, że kiedyś miałam tak wiele bliskich osób… Jak do tego doszło, że je wszystkich straciłam? Jednak w żadnym wspomnieniu nie znalazłam klucza do rozwiązania zagadki nieznajomej.

Gdy pojawiła się znowu w moich drzwiach, byłam przerażona bardziej, niż przed jakimkolwiek sprawdzianem w życiu. Zdecydowałam się wybrać technikę, z której zawsze wtedy korzystałam. Strzelałam. Podawałam wszystkie popularne imiona, jakie mi przyszły do głowy, lecz ona zawsze kręciła głową.

– Zgadujesz, a to nie tędy droga. Może jutro sobie przypomnisz – powiedziała spokojnie, schodząc po schodach.

Następnego dnia zmieniłam taktykę i podawałam najbardziej przedziwne imiona, jakie udało mi się znaleźć. Nie trafiłam ani razu.

– Nie dość, że zgadujesz, to jeszcze nieudolnie. Próbuj jutro.

Następnego dnia doszłam do wniosku, że nawet jeśli podałabym nieznajomej jej prawdziwe imię, ona by się do niego nie przyznała. Musiałam postąpić inaczej i nie grać w jej grę. Nie widziałam żadnego pokojowego rozwiązania tej sytuacji. Pozostało mi użycie siły. Nie układałam mojego planu jednak długo, gdyż w pewnym momencie przyszedł do mnie mąż, oznajmiając, że w skrzynce na listy znajdował się list do mnie. Na kopercie nie było zapisanego adresata.

Wiedziałam, że to będzie coś złego, ale zdecydowałam się otworzyć kopertę jak najszybciej.

W środku było zdjęcie klasowe. Nie była to klasa, do której ja uczęszczałam. Patrząc po kolei na twarze dzieciaków, nie rozpoznawałam żadnej z nich. Aż tak mój wzrok zawędrował do jednej z dziewczynek stojących w środku i coś mnie uderzyło.

Pamiętałam ją.

Nie chodziła z nami do klasy, nie miała w ogóle kolegów w swojej grupie. Ubzdurała sobie, że jesteśmy jej koleżankami. Była brzydka, głupia i strasznie śmierdziała, prawdopodobnie nigdy się nie myła. Gadała straszne bzdury i irytowała nas okropnie. Najpierw ją ignorowałyśmy, ale ona wciąż za nami łaziła i ciągle przeszkadzała. Potem zaczęłyśmy się z niej śmiać. Wyzywałyśmy ją od brudasów, śmierdzieli, grubasek, dziwek, a ona śmiała się z nami. Poważnie myślała, że my ją lubimy, że śmiejemy się z niej dobrodusznie. Była tak bardzo głupia.

To ja pierwsza wpadłam na pomysł przekręcenia jej plecaka na drugą stronę, ale ona się z tego śmiała. Odebrała to wręcz jako inicjację, a mnie to doprowadzało do furii. To ja pierwsza zaczęłam używać pięści i nóg, żeby jej fizycznie pokazać, co o niej sądzę. Trochę narzekała, ale jednak bardziej się śmiała. To ja pierwsza wyrzuciłam jej zawartość śmietnika na głowę, lecz ona uważała to za wyśmienity dowcip. Pisałam różne epitety pod jej adresem na szkolnych murach, a ona udawała, że ich nie widzi, może nie umiała ich nawet przeczytać. Gdy ściągnęłam jej spodnie przed całym korytarzem, zrobiła się czerwona, ale nadal się śmiała. Gdy otworzyłam jej drzwi od toalety, gdy się załatwiała, śmiała się i płakała jednocześnie. A ja chciałam, żeby w końcu popłakała się tak zupełnie. Czułam się jak pradawne bóstwo, które zdobędzie siło dopiero, gdy dostanie ofiarę z człowieka. W końcu dopięłam swego. Gdy wyrzuciłam jej ulubionego misia do jeziora, ona pobiegła natychmiast po niego. Pływała bardzo słabo.

Jak ona w ogóle miała na imię?

Jakieś dziwne. Przecież z tego imienia też się śmiałyśmy.

Czułam się straszliwie ciężko, gdy zadzwonił dzwonek do drzwi. Nie miałam najmniejszej ochoty ich otwierać. Zdążyłam już zatęsknić za czasami, gdy nie pamiętałam niczego i wszystko było głęboko zagrzebane w mojej świadomości. Teraz czułam się, jakby zaistniała we mnie druga osoba i nie zdążyłam jeszcze nauczyć się z nią żyć.

Dzwonek dalej dzwonił i czułam, że za chwilę oszaleję, jeśli on nie zamilknie.

Otworzyłam drzwi. Były strasznie ciężkie.

– Elina – powiedziałam od razu.

Miałam nadal małą nadzieję, że gdy nieznajoma to usłyszy, to ją pokonam. Ona zrobi wielkie oczy, zdrętwieje w szoku, wbije nogę w podłogę niczym Titelitury, albo zwyczajnie zniknie jak sen, który już nigdy więcej nie będzie mnie dręczyć.

Myliłam się. Nadal na mnie patrzyła, a jej uśmiech rósł z sekundy na sekundę. W oczach nie pojawił się ani jeden błysk. Pomyślałam, że to ostatnia rzecz, jaką widzę w życiu.

– Powiedz mi – powiedziała jadowitym i gorzkim głosem. – Jak to jest, że ty nie pamiętałaś mojego imienia, a ja twoje pamiętam doskonale?

Nic nie odpowiedziałam, bo nie wiedziałam, jak odpowiedzieć.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz