20 lip 2026

Mgła

edytuj post! + Brak komentarzy:

Znowu ją zobaczyła. Stała nad łóżkiem, wpatrzona była w jej twarz. Nic nie mówiła, ale w jej oczach było widać… Pogardę? Niechęć? Jakąś straszliwą emocję.

Na pewno w jej oczach nie było znaku życia.

A Ola leżała w bezruchu, całkowicie sztywna, a gdy próbowała coś powiedzieć, jej głos brzmiał jak zbiór nieartykułowalnych jęków.

Wiedziała, że to był sen, koszmar, ale dlaczego tak realny? Czuła nawet zapach siostry, taki charakterystyczny, inny od zapachu rodziców oraz innych ludzi. Ile by dała, żeby móc zanurzyć się w nim jeszcze raz, wtedy wiedziałaby od razu, że wszystko jest takie, jak dawniej…

– Ola, śpisz? – przemówiła nagle siostra, ale zupełnie nieswoim głosem. Ola po chwili zrozumiała, że był to głos Patrycji. Gdy minęło kilka chwil, odrętwienie ciała ją opuściło. Popatrzyła na Patrycję, próbując złożyć sensowne zdanie, ale jej umysł był jeszcze zasłonięty mgłą.

– Śpisz?

– Śpię… – mruknęła Ola żałośnie.

– Strasznie się rzucałaś i krzyczałaś. Śniło ci się coś?

– Nie… Zupełnie nic.

Ola podniosła się z łóżka i popatrzyła na zmartwioną Patrycję.

– Wszystko jest cacy i super – odparła, uśmiechając się sztucznie. Patrycja się na to nie nabierała.

– Ech… – westchnęła ciężko.

– Która godzina?

– Dochodzi piąta. Śpij na zdrowie.

– Kiedy ja nie mogę. Budzę się co godzinę.

– A teraz ja cię obudziłam… – westchnęła Patrycja.

– Nic się nie stało.

– To dobrze… W takim razie cię zostawiam. Dobranoc!

– Dobranoc.

Ola ułożyła się z powrotem w łóżku, myśląc o tym, że boi się zasnąć.

Ostatecznie tego ranka już nie zasnęła.

***

Czuła, że musi się czymś zająć, bo inaczej oszaleje od natłoku myśli. Kilka razy sprawdzała, który jest dzisiaj dzień i jaka godzina, bo nie mogła tego zapamiętać, a gdy już zapamiętała, nie mogła umiejscowić tej daty na osi czasu. Nie wiedziała, ile czasu minęło, czy kilka dni, czy może lat. Mgła, zupełna mgła umysłowa.

– Ogarnij się, kurwa – powiedziała do siebie, patrząc w opatulone szarością podwórze za oknem. – Weź się w garść, czy coś.

Pomarańczowe światło latarni prześwitywało przez szarość.

Może powinna zapisywać swoje uczucia, podobno to pomaga. Ale Ola nigdy nie była fanką pisania, prowadzenie wszelkich pamiętników nudziło ją po dwóch wpisach. Wolała wszystko trzymać w sobie. Teraz też nie czuła się na siłach, by dzielić się nimi z czymkolwiek, nawet z głupim zeszytem.

Wyszła na szybki spacer i równie szybko z niego wróciła, nie zapamiętując zupełnie nic, ani tego, jaka była temperatura, ani co zobaczyła po drodze. Dlatego wróciła na podwórze jeszcze raz, ponownie, bez większych zachowanych wspomnień.

Wzięła się za sprzątanie domu. Kolejne, bo miała wrażenie, że już to kilka razy robiła. Dom w każdym razie lśnił czystością, żaden mały kawałek kurzu nie leżał na podłodze ani na szafce. Zupełnie nie wymagał sprzątania. Ola nie czuła żadnej satysfakcji z tej czynności, a przez to, że wykonywała ją już zupełnie mechanicznie, nie myślała nad tym, co robi. Myślała za to o wszystkim innym, o tym, o czym nie chciała właśnie myśleć. O mamie, o tacie, o Darii. O jej duchu stojącym nad jej łóżkiem.

Z niechęcią spojrzała na mały, zrobiony im przez rodzinę na korytarzu ołtarzyk. Stały tam zdjęcia oraz kwiaty. Ola za każdym razem, gdy go mijała, odwracała zdjęcia na drugą stronę. Nie mogła patrzeć na ich roześmiane twarze, bardzo ją to bolało. W dodatku ołtarzyk ten udowadniał dobitnie, że jej rodzina faktycznie istniała, a żaden jej członek już nigdy nie uśmiechnie się tak, jak na tych zdjęciach.

– Co robisz? – spytała zaspana Patrycja, wychodząc na korytarz.

– Nie wiem – odpowiedziała Ola.

– Boli cię patrzenie na nich, tak?

– Tak. Chyba tak.

– Cóż, dla reszty rodziny postawienie ich zdjęć jest ważne… – powiedziała Patrycja, podchodząc do ołtarzyka.

– Ja to rozumiem.

Patrycja odwróciła zdjęcia, ale zasłoniła je bukietem czerwonych chryzantem. Twarze zniknęły.

– Może być? – zapytała.

– Chyba tak.

– Wracaj spać – powiedziała Patrycja. – Nie sprzątaj, tu już nie ma czego.

Ola pokiwała głową.

***

Co się w ogóle działo w ostatnich dniach? Miała kilka wspomnień, ale wszystko było jakieś zamglone, że ustalenie dokładnego ciągu wydarzeń było jak układanie puzzli. Chyba był pogrzeb. Widziała ludzi ubranych na czarno, podchodzących do niej, składających kondolencje… Czy ona im cokolwiek odpowiadała? Chyba tak, ale nie pamiętała zupełnie, co. Kojarzyła rozmowy rodziny, lament ciotki Beaty nad tym, że całe szczęście, że chociaż Oli nie było w domu i że udało jej się uratować. Ola nie była pewna, czy w ogóle była przed czymkolwiek uratowana?

Widziała Darię stojącą między gośćmi. Ubrana w swoją piżamę, wyróżniała się na ich tle, ale nikt nie zwracał na nią uwagi, a ona patrzyła jedynie na Olę, na każdy jej ruch, nie spuściła jej ani razu z oczu.

Pamiętała, że leżała na ziemi, wdychając zapach Darii z jej ubrań. Tak bardzo się bała, że i on kiedyś zniknie z tego świata, chciała go wchłonąć całkowicie. Przeraziło ją, gdy poczuła, że ulubiona koszulka Darii już w ogóle nie pachnie Darią, za to pachnie potem Oli. Bała się ją wyprać.

Pamiętała policjantów. Wielu różnych policjantów, niektórych miłych, innych okropnych. Zadawali jej różne pytania, a Ola im odpowiadała. Jak? Tego nie pamiętała. Kojarzyła brzydką, ciemną salę i dwóch policjantów przed nią. Pamiętała, jaki to był stres, jak zalewała się łzami, jak bardzo chciała tam umrzeć. Pamiętała policjantów brukających ich dom, pamiętała żółtą taśmę, ślady ubłoconych, policyjnych butów na białych płytkach w przedsionku.

Gdzieś tam w otchłani pamięci migali jej rodzice i Daria, nieruchomi, wśród ciemnej cieczy, z przykrytymi ścierkami twarzami. Ale to były tylko sekundowe migawki. Pamiętała, że nie podeszła do trumien na pogrzebie, bo za bardzo się bała, że zobaczy ich twarze.

 

– Słyszałaś?! Złapali tego jebanego ćpuna – powiedziała Patrycja z pełną nienawiści satysfakcją. – Ale będzie miał schylane w więzieniu.

– Aha…

– Tylko, kurwa, skandal, że będziemy musieli wszyscy na niego płacić. Dla takich to tylko stryczek powinien być. Odsiedzi taki sobie, a potem powiedzą, że już jest normalny i nic się nie stało. Sama bym go zajebała, kurwę jebaną.

Ola jakoś nie czuła tej samej satysfakcji. Wręcz słowa Patrycji ją jakoś zdenerwowały.

– Nie my jesteśmy od wydawania wyroków. Niech się tym sąd zajmie.

Patrycja była wyraźnie zaskoczona.

– Nie oburza cię to, że on będzie sobie żył wygodnie w więzieniu?

– Nie.

– A… Aha – spłoszyła się Patrycja. – Rozumiem.

Już więcej nie poruszyła tego tematu.

Faktycznie, ktoś został oskarżony o zabójstwo jej rodziny. Jakiś narkoman, którego kojarzyła z widzenia. Chyba powinna czuć satysfakcję, że spotka go kara, ale jakoś nie mogła się do tego zdobyć. Właściwie, jakoś nie docierało do niej to, że skoro było zabójstwo, to musiał być też sprawca.

Może potrzebowała czasu.

Apetytu nie miała w ogóle. Patrycja musiała zmuszać ją do jedzenia. Gdy coś jadła, to to w ogóle nie miało smaku, a może zwyczajnie miała zbyt zamglony umysł, żeby poczuć coś takiego jak smak.

Nie lubiła też jeść w kuchni, bo przypominało jej to o obiadach z rodzicami. Dlatego wolała zabierać jedzenie do swojego pokoju.

Jadła właśnie coś na obiad, a może na śniadanie. Nie była nawet pewna, co je. Na pewno coś nałożonego przez Patrycję. Pewnie coś bardzo zdrowego i wartościowego.

A wtedy znów ją ujrzała.

Daria wciąż nie zmieniła swojego wyrazu twarzy. Wciąż malował się na niej ten nienawistny grymas. Ola nigdy nie widziała jej z taką miną za życia.

– Daria? – spytała Ola. – To ty?

Ale Daria nie chciała odpowiedzieć. Milczała zupełnie. Ola wstała z krzesła i zrobiła krok, a oczy Darii podążały za nią. Nie spuszczała z niej wzroku, bacznie ją obserwowała.

– Dlaczego nie pójdziesz do nieba? – spytała Ola cicho. – Czemu chcesz wciąż nawiedzać ten świat?

Ale Darii widocznie ani śniło się odpowiedzieć.

– Dlaczego?!! – wykrzyknęła Ola. – Dlaczego nie zostawisz mnie w spokoju?!!!

Do pokoju wbiegła Patrycja, krzycząc coś, ale Ola nie usłyszała tego. Słyszała jedynie siebie.

– Zostaw mnie!!! Przestań mnie prześladować!!! Idź stąd!!! Idź!!

Potem cisza.

– Ola, wszystko w porządku? – spytała Patrycja.

– Mhm.

– Nie, nic nie jest w porządku. O co chodzi?

No i co jej miała powiedzieć? Że duch Darii ją prześladuje?

– Nic. O nic nie chodzi.

– Chyba muszę poszukać ci terapeuty – powiedziała Patrycja ze zmartwieniem w głosie.

– Ale po co?

– Może ci pomoże.

– Mi już nic nie pomoże – jęknęła Ola.

– Pomoże, zobaczysz. Musisz wrócić do normalności.

– Jak możesz tak mówić?! – wzburzyła się Ola. – Jak mam wrócić do normalności po czymś takim?! Nigdy już nie wrócę do normalności!

Patrycja zamilkła. Przez dłuższy czas tak siedziały w ciszy.

– Jasne, nie rozumiem, co czujesz… Ale próbuję ci pomóc.

– To nie próbuj już więcej. Twoja pomoc tylko szkodzi.

– Rozumiem – odpowiedziała Patrycja. – Uszanuję twoją prośbę. Ale co jakiś czas będę tu wpadać, bo nie chcę, żebyś się zagłodziła.

– Jeszcze coś?

– Nie, już nic. Na razie.

Patrycja faktycznie uszanowała prośbę Oli, spakowała się i wyniosła.

Teraz Ola była całkiem sama w swoim rodzinnym domu. Kiedyś myślała, że jest on niewielki, teraz wydawał jej się ogromny, obcy i przerażający. Była za małą istotą, żeby żyć w czymś takim.

Od tej pory jej umysł zatonął w mgle dogłębnie. Patrycja chyba faktycznie ją odwiedzała, bo w lodówce pojawiało się jakieś jedzenie, ale potem znikało. Ola nie czuła potrzeby jedzenia, nie czuła również potrzeby snu, nie czuła nic. Może już umarła?

Zakryła wszystkie lustra w domu. Gdy tylko spojrzała na któreś kącikiem oka, widziała w nich Darię, czasem mamę lub tatę. Odwróciła wszystkie zdjęcia rodziców i siostry. Całe dnie i noce leżała na ziemi otoczona ubraniami Darii. Może nie powinna tego robić, może takie zachowanie przyciągało jej ducha. Ale Ola tak bardzo za nią tęskniła, pragnęła jakiejkolwiek namiastki swojej siostry, a jej zapach był jak na razie jedyną pozostałością po niej na tym ponurym świecie. Tej prawdziwej siostry, nie tej zjawy o straszliwym spojrzeniu.

Pamiętała, że przyjechali policjanci i coś od niej chcieli. Ola się zgodziła, chociaż nie była nawet pewna, na co się zgadza. Potem było jakieś dziwne wydarzenie w sądzie. Chyba w sądzie, nie była przekonana. Mnóstwo ludzi, jej rodzina, jacyś eleganccy panowie i panie oraz rozpłakany dzieciak w garniturze, na którego wszyscy wrzeszczeli. To chyba był ten oskarżony o morderstwo. Ten dzieciak miałby kogokolwiek zabić? Przecież Ola dałaby radę go złamać w połowie, jeśli miałaby na to ochotę.

Padało wiele słów, wiele z nich się powtarzało. Dwanaście ran kłutych, trzydzieści ran ciętych, pięć siniaków… Coś jej przypominały, ale nie była pewna, co.

Daria stała zaraz obok dzieciaka i patrzyła wprost na Olę.

A potem znowu mgła.

***

Dzieciaka nie skazano, podobno nie udało mu się nic udowodnić. Rodzina była wściekła, uruchomiła wszystkie swoje kontakty, zakładała strony internetowe, wypisywała do dziennikarzy, żeby nagłośnili sprawę.

– Ola, ja nie chcę nic mówić… Ale też mogłabyś zabrać głos – powiedziała ciotka Beata. – Bardzo tego potrzebujemy. To ty to najbardziej przeżyłaś z nas wszystkich. Dlaczego w ogóle…

– O co chodzi?

– Zachowujesz się, jakby to było ci obojętne. Nie chcesz, żeby sprawca został ukarany?

Tak. Wszystko jej było obojętne.

– Chcę.

Proszę, napisz coś na stronę. Ja ci pomogę. Widzę przecież, jaki masz problem z powrotem do normalnego funkcjonowania. Ten człowiek zniszczył ci życie, musisz być tego świadoma.

To on jej zniszczył życie? Nie przyszło jej coś takiego do głowy.

Nie miała ochoty prowadzić dalej rozmowy z ciocią. W ogóle nie miała ochoty prowadzić żadnej rozmowy z nikim. Rozmowy są dobre dla żywych, a ona już pogodziła się z tym, że najpewniej jest martwa.

Poszła do swojego pokoju. Daria tam była, obserwowała ją bacznie.

Ola rzuciła w nią wazonem, a sylwetka siostry rozpłynęła się jak mgła. Wazon uderzył głucho o ścianę, rozsypując się na tysiące małych kawałków. Dziewczyna uklękła, a rozsypane, kolorowe szkło zaczęło układać w jej umyśle jakąś ponurą, zamgloną mozaikę. Mnóstwo szkła. Mnóstwo krwi. Te straszne oczy. Kolejno mamy, taty, Darii…

– Co ty robisz?! Ola, wszystko w porządku?! – Krzyk siostry rozbrzmiał w jej umyśle niczym sygnał alarmowy. Krzyk rozpaczliwy, żałosny, wręcz zwierzęcy, ale z leciutko słyszalną nutą rozbawienia… Tak jakby Daria, nie zważając na ból, do samego końca próbowała się śmiać. Jakby liczyła, że to wszystko, co się dzieje, to głupie żarty jej siostry.

Tak, ten krzyk pochodził z jej wspomnienia, którego nigdy już się nie pozbędzie. Nieważne, jak bardzo jej mózg będzie próbował je wyprzeć i zniekształcić. Ono zawsze z nią będzie, do końca jej dni będzie ją nawiedzać.

Wstała z podłogi i rozejrzała się po pokoju, ale Darii nigdzie nie było.

Poszła umyć ręce.


Rany

edytuj post! + Brak komentarzy:

Już od dobrego tygodnia nie widziałam słońca.  Gdy budziłam się rano, było ciemno. Szłam do szkoły w ciemności. Gdy patrzyłam za okno, również było ciemno. A gdy wracałam do domu, już było po zachodzie słońca.

Od jakiegoś czasu nie budził mnie budzik, lecz zimno. Kiedyś mój pokój był tak przyjemnie ciepły. Nie rozumiem, czemu to się zmieniło. Spałam w grubej piżamie, szlafroku, pod kołdrą i dwoma kocami, ale i tak w każdą noc nadchodził moment, w którym mój organizm budził się wyziębiony. Brałam wtedy kolejny koc, owijałam się w niego i próbowałam udać się w kolejny sen. Czasem mi się to udawało, czasem nie.

Co prawda, według zegarka była piąta rano, ale czułam się, jakby to był środek nocy. W ciemnościach pokoju mogłam dostrzec jedynie zarysy przedmiotów. Przeciągnęłam się i rozważałam, czy położyć się jeszcze na dziesięć minut, czy zmotywować się do wstania już teraz. Poleżałam przez chwilę, walcząc z opadającymi powiekami, aż stwierdziłam, że jak nie chcę być spóźniona, to muszę wziąć się w garść.

Miałam jakąś awersję do włączania światła. Może na coś zachorowałam, bo na samą myśl, że miałabym nacisnąć na włącznik, oblatywał mnie strach. Ubrałam się i uczesałam więc w tych egipskich ciemnościach, potęgowanych jeszcze przez ciemnoszare zasłony. Przynajmniej nie widziałam swojego odbicia w wiszącym na szafie dużym lustrze. Zdecydowanie nie lubiłam na siebie patrzeć.

Zastanowiłam się przez chwilę, czy mam ochotę na zjedzenie śniadania. Szybko doszłam do wniosku, że nie, zdecydowanie nie miałam ochoty. Sama myśl o jedzeniu ściskała moje wnętrzności.

– Światła się boisz, jedzenia się boisz, czego ty się nie boisz, wariatko? – powiedziałam do siebie w myślach. Nie odpowiedziałam.

Dom był objęty zupełną ciszą. Wszyscy domownicy spali. Słyszałam równy oddech mamy i głośne chrapanie taty za ścianą. Szczęściarze, ich dzień rozpocznie się dopiero za kilka godzin. Chciałam ich obudzić, ale pomyślałam, że to byłoby bardzo nie w porządku. Sen jest tak cenny dla zdrowia, że jego przerwanie bez większego celu mogłoby być karalne.

Trochę posnułam się po domu, szukając czegoś do zajęcia się, ale nie znalazłam niczego. W końcu musiałam przestać szukać wymówek i pójść na autobus. Wyszłam w domu, pod szorstką opiekę starego dobrego poniedziałku.

Gęsta mgła wisiała nad drogą, a przez nią ledwie przebijało pomarańczowe światło latarni. Było  strasznie zimno. Założyłam zdecydowanie za cienką kurtkę. W dodatku z nieba kropiła lekka mżawka, bardzo irytująca, oblepiająca twarz i ściekająca za kołnierz. Chciałam zostać w domu i pójść spać… Ale poczułam, że moim obowiązkiem jest pójście do szkoły. Także ruszyłam swoją stałą rutynową drogą na przystanek. Liczyłam kroki: raz, dwa, pięćdziesiąt, sto, sto pięćdziesiąt…

Przez tę rozległą mgłę świat sprawiał wrażenie o wiele większego niż wcześniej. Ogromny krzyż przydrożny wyłonił się z mgły, a mały, czerwony znicz, jasno palił się u jego stóp. Zrobiłam znak krzyża, tak jak do tego przywykłam i ruszyłam dalej, próbując marszem zdusić natrętne myśli, jakie właśnie we mnie się pojawiły.

Droga była pusta, nikt nią nie szedł poza mną. Nie spotkałam nawet żadnego kotka ani pieska, jedynie raz minął mnie biały dostawczak. Ten człowiek dopiero ma przerąbane, pewnie od dwóch godzin już nie śpi.

Przystanek oświetlony pomarańczowym światłem jawił się na końcu drogi niemal mistycznie, jak cel ostateczny długiej wędrówki. Jednak czekał mnie jeszcze autobus, kolejny marsz oraz szkoła. Czyli dzień jak co dzień.

Stałam tak na przystanku, wiatr wiał mi po karku i twarzy, kolce zimna kłuły moją skórę, a ja miałam prorocze wizje, że właśnie tak będzie wyglądała moja wieczność. Będę wstawać o tej nieludzkiej godzinie, będę czekać na tym starym przystanku na stary autobus, będę się męczyć w miejscu, w którym zdecydowanie nie chciałabym być, a potem będę wracać tym samym autobusem do mojego nieprzyjaznego domu. Nigdy nie wydarzy się nic, co mnie wyrwie z tej pętli, nigdy nie pojawi się tutaj ani promień fantazji, wszystko będzie wiecznie takie samo, męczące i nieprzyjazne.

Autobus nadjechał kilkanaście minut później, o kilkanaście minut za późno. Wsiadłam do środka, usiadłam na swoim stałym miejscu i próbowałam zdrzemnąć się chociaż na chwilę. Nie udawało mi się to, chociaż oczy mi się kleiły, chyba miałam za dużo myśli w głowie. Rozejrzałam się po autobusie. W środku siedziało już kilka osób, wszystkie spały albo siadziały z głowami opartymi o szyby. Żadna z nich nie chciała tu być.

Wtedy moje rany zaczęły nagle promieniować bólem. Dawno już tego nie czułam. Miałam nadzieję, że ból zostawił mnie w spokoju i już nigdy więcej to się nie wydarzy.

Ból zniknął tak nagle jak się pojawił.

Za oknem nie było nic ciekawego, ale wpatrywałam się w nie przez godzinę, licząc, że coś jednak się pojawi. Zanim się pojawiło, już musiałam wysiadać.

Wciąż było ciemno. Ruszyłam w kierunku mojej szkoły kolejną ulicą, ale tym razem mniej zamgloną i bardziej zabudowaną. Co jakiś czas mijał mnie ktoś w płaszczu lub długiej kurtce, zgarbiony, z dłońmi w kieszeniach, śpiesząc się, żeby być już teraz w szkole lub w pracy, gdzie nie wiał już ten zimny wiatr.

W końcu i ja dotarłam, a szkoła była pusta i ciemna. Zawsze tu tak było, gdy przychodziłam. Cóż, nikt nie przychodzi na 6:30 do szkoły z własnej woli, kiedy ma lekcje na ósmą. Tylko nieszczęśnicy tacy jak ja, których losy zależały wyłącznie od PKS–ów i prywatnych autobusów, byli o tej porze na miejscu.

Powiedziałam „Dzień dobry” pani woźnej, ale ta mi nie odpowiedziała. Nie zaszczyciła mnie nawet spojrzeniem.

Usiadłam pod klasą i czekałam, aż korytarz zacznie się zapełniać ludźmi. Najpierw stopniowo, co jakiś czas przychodził ktoś równie nieszczęsny jak ja, siadał na podłodze, zajmował się swoim telefonem, książką albo zwyczajnie szedł spać. Potem pojawiało się coraz więcej nieszczęśników, którzy zaczynali łączyć się w grupy wsparcia i zwierzać się ze swojego nieszczęścia. A następnie pojawiało się coraz więcej osób, grupki się powiększały, dezintegrowały się na mniejsze, a korytarz stawał się pełen osób o różnym wyglądzie, o różnych historiach.

Żadna z nich nigdy nie zwróciła na mnie uwagi. Siedziałam sama, patrzyłam na nich, oni nie patrzyli na mnie. Dlaczego tak się stało? Przecież jeszcze niedawno miałam kolegów, z którymi mogłam ponarzekać na wszystko, pożartować, poopowiadać coś, pouczyć się na sprawdzian… A teraz nagle stałam się niewidzialna. Może powiedziałam coś nie tak i wszyscy się na mnie obrazili? Ale co takiego? Może jakbym kogoś zapytała, poznałabym odpowiedź… Ale bałam się tej odpowiedzi. Dlatego nie pytałam.

Musiałam zaakceptować ich decyzję. Zdecydowali, że już dłużej nie będę częścią ich klasy. Nie będę przecież płakać i prosić, żeby mnie z powrotem przyjęli do siebie. To byłoby żałosne… Ale ta samotność bolała. Patrzyłam, jak się wesoło śmieją i słuchałam, że rozmawiają na dobrze znany mi temat. Mogłabym przecież powiedzieć o nim kilka słów, mogłabym dorzucić jakiś zabawny żarcik, może ktoś by się nawet roześmiał, ale ten strach zabijał we mnie wszystkie chęci, a nie posiadałam żadnego narzędzia, które mogłoby go unicestwić.

Także siedziałam sama, aż nie zadzwonił dzwonek, a pani polonistka nie otworzyła sali lekcyjnej. Ruszyli tłumem, najpierw dziewczyny, potem chłopaki, na szarym końcu ja.

Nie byłam przygotowana do lekcji zupełnie, a wtem pani oznajmiła, że będzie odpytywać. No tak, przecież zapowiadała. Dlaczego o tym zapomniałam? Będzie mi bardzo głupio, jak mnie zapyta o jakieś oczywiste rzeczy, a ja nie będę tego wiedzieć… Ale z drugiej strony, miałam wrażenie, że nieważne jak losować będzie, gdzie upadnie jej długopis w dzienniku, nigdy nie padnie moje nazwisko. Dla nauczycieli też stałam się niewidzialna. Od jakiegoś czasu żaden mnie o nic nie spytał, żaden mnie nie pochwalił ani nawet nie ochrzanił, nawet jeśli spałam na lekcjach. Stałam się nietykalna i wcale mi się to nie podobało. Wiele bym dała, żeby usłyszeć ten szorstki głos pani polonistki, że znów się nie przygotowałam, że się nie przykładam, że nie traktuję lekcji poważnie, że jestem zdolna, ale leniwa, że marnuję potencjał. Moja ostatnia kartkówka gdzieś przepadła, a ja bałam się o nią dopytać. Nie wiedziałam, czy dostałam z niej jakąkolwiek ocenę. Nie mogłam tego sprawdzić bez zapytania o to pani.

Lekcja minęła mi na obserwowaniu plam i pęknięć na ścianie.

Potem nadeszła przerwa. Inni przeżywali na nich przygody, o których będą za pewne opowiadać potomkom, a rozmowy, które przeprowadzali, wydawały się być interesujące, zajmujące i mogące mieć wpływ na ich przyszłe życie. Dla mnie przerwy to było stanie pod ścianą i czekanie na lekcję. W końcu nadeszła ona, matematyka.

Na mojej ławce znów leżały kwiaty, a radość zalała moje serce.

Chwilę później znów rany zaczęły boleć i nie mogłam czuć radości.

Ale gdy już ból przeszedł, mogłam się cieszyć. A byłoby to naprawdę trudne, nie cieszyć się z kwiatów leżących na mojej stałej ławce, dowodu, że jednak ktoś mnie widzi i ma jakieś uczucia do mnie…

Cieszyłam się jeszcze bardziej dlatego, że kwiaty te były zwyczajnie ładne. Nie wiedziałam, jak się nazywają, szkoda, że nigdy nie zainteresowałam się florystyką. W różnych, wesołych kolorach, różowe, czerwone, żółte. Jak pięknie będą wyglądały w moim pokoju… Chociaż mój pokój był teraz zupełnie ciemny.

Matematyka również minęła spokojnie, pilnie rozwiązywałam polecenia w zeszycie, część okazała się być zrobiona dobrze, w innych popełniłam masę błędów. Ale nie było źle. Ważne, że pani nie kazała mi pójść do tablicy. Któraś koleżanka zrobiła bardzo głupi błąd i niektórzy zaczęli się z niej śmiać. Dobrze, że to mnie ominęło.

Reszta dnia była jeszcze bardziej oniryczna, gdzieś niknęła w mojej świadomości, może to przez coraz to narastającą chęć znalezienia się w domu. No ale co z tego, że wrócę do domu, skoro jutro będę tutaj z powrotem? Kolejny dzień będzie wyglądał tak samo rutynowo i schematycznie, nie wydarzy się nic wyjątkowego, co sprawiłoby, że utkwi w mojej pamięci na dłużej, co wyrwie mnie z tego upiornego schematu, w jakim utknęłam i z jakiego nie mogłam się wyrwać. Gdyby tylko ktoś do mnie podszedł, to już byłoby coś niesamowitego…

Jedynie te kwiaty. One były zdecydowanie niesamowite, ale równocześnie tak enigmatyczne, że nie wiedziałam zbytnio, co mam przez nie czuć – oprócz oczywiście radości, której nie obejmowałam umysłem. Na kolejnej lekcji znów leżały na mojej ławce, tym razem były to złociste chryzantemy. Potem goździki, potem takie fioletowe, których nazwy nie znałam. Wszystkie piękne i pachnące wiosną.

Ile ja bym dała, żeby z powrotem była wiosna. Przypomniałam sobie czasy, w których wstawałam o tej samej godzinie, gdy słońce zaglądało przez moje okno. Robiłam na śniadanie ładne i smaczne kanapki, a potem szłam na przystanek, mijając kwieciste sady i malownicze ogrody, głaskając biegające wolno pieski i kotki, a ptaki śpiewały mi w koronach drzew, żeby szło mi się przyjemniej.

I ja mam uwierzyć, że to była ta sama droga, co ten zamglony, ponury szlak…

***

Lekcje dobiegły końca. Większość kolegów i koleżanek wybiegła z klasy w pośpiechu. Nic dziwnego, też bym wybiegła, jakby to sprawiło, że trafiłabym szybciej do domu. W końcu było to wczesne popołudnie, tyle cennego czasu, który można na coś spożytkować! W moim przypadku nie było to jednak możliwe, bez względu na to, jak szybko bym stąd wyszła, bez względu na to, o której godzinie kończyłam, wciąż musiałabym czekać trzy godziny na autobus. Trochę miałam czasu na bezcelowe snucie się po szkole i myślenie o tym, jak bardzo nie lubię schematu, w którym utknęłam. Dlaczego nie mogłam utknąć w czymś przyjemniejszym, czym sobie na to zasłużyłam?

Znów te rany. Ciągle, gdy udawało mi się o nich zapomnieć, musiały mi przypomnieć o swoim istnieniu. A rany na dłoni, w której trzymałam swoje przepiękne kwiaty, bolały najmocniej.

Może i moja klasa skończyła zajęcia, ale na korytarzach wciąż było pełno dzieciaków z różnych klas. One właśnie wiodły na moich oczach swoje własne, najpewniej udane życia. Ktoś jadł ze smakiem bułkę, ktoś słuchał muzyki, kołysząc głową w rytm, grupka osób rozmawiała i co chwila wybuchała śmiechem, jakaś parka trzymała się za ręce i patrzyła sobie głęboko w oczy. Zawiść mnie zżerała od środka. Nie mogłam poradzić na to, że czułam straszną nienawiść do nich. Mogłabym przecież być jedną z tych osób, ale musiałam stać się tym, kim jestem teraz. Żaden z dzieciaków na korytarzu nie był temu w ogóle winny, ale miałam ochotę z głębi serca zacząć na nich krzyczeć, że są niewdzięczni, bezmyślni, nic nie rozumieją, nie zasłużyli sobie na takie szczęście.

Ale tego nie zrobiłam, bo jest to bardzo nieładne.

Popatrzyłam na moje piękne kwiaty. Może wstawię je do wody już teraz. Nie chcę, by uschły, a może już cierpią z pragnienia. Nie mogę ich skazywać na kilka godzin czekania. Wyjęłam z jednego śmietnika butelkę po wodzie, a potem udałam się do łazienki z zamiarem nalania wody.

Pamiętam, jak kiedyś narzekałam, tak samo jak koleżanki na łazienki w szkole. Bo są brudne, nie mają mydła i papieru, zamki się nie zamykają, nie mają luster. Ale teraz mnie to ostatnie bardzo cieszyło. Nie chciałam patrzeć na siebie.

Nalałam wody i wsadziłam do butelki kwiatki. Poczułam się jakoś od razu lepiej psychicznie. Teraz nie miałam nic do roboty, poza snuciem się po szkole i czekaniem, czekaniem, czekaniem.

Ciągle to czekanie.

Siedziałam na piętrze pierwszym. Na drugim, na trzecim. Na schodach z tyłu piętra drugiego. Na parterze. Na ławce przed szkołą. Na dziwnych schodach, które mogły kiedyś prowadzić do piwnicy, ale teraz nie prowadziły nigdzie.

Przez chwilę słońce wyjrzało zza chmur. Tak się ucieszyłam, że upuściłam butelkę z kwiatami. Znów wtedy rozbolały mnie rany. Tym razem naprawdę mocno, potrzebowałam chwili, żeby poczuć coś innego niż ten ból.

Na podłodze urosła ogromna kałuża, w jej środku smętnie leżały zmoknięte kwiaty. Słońce z powrotem schowało się za chmurami.

Starłam wodę swoją koszulą, a potem poszłam do łazienki, żeby znów nalać wody. W środku siedziała grupka dziewczyn, ewidentnie stałych bywalczyń, które jadły kanapki i wesoło rozmawiały o rzeczach przeróżnych i obgadywały jakieś swoje koleżanki. Przestraszyłam się ich, ale one nie zwróciły w ogóle na mnie uwagi, a powinny być bezlitosne dla kogoś takiego jak ja. Kiedyś na pewno nie miałyby dla mnie litości.

Nalewałam wodę, a one wciąż prowadziły konwersację za moimi plecami. W pewnym momencie usłyszałam swoje imię.

– A wiecie, że ta Emilia…

Odwróciłam się gwałtownie.

Oczywiście, że nie byłam jedyną Emilią na całym świecie, ani nawet w tej szkole, ale jakoś wyczułam podskórnie, że tutaj może chodzić o mnie.

– Ona…

A wtedy druga dziewczyna gwałtownie jej przerwała.

– Cicho. Nic nie mów o niej, dobra?

Patrzyłam na nie, chociaż one nie patrzyły na mnie. Ale skoro nagle tak padło moje imię…

Nieważne. Nie chciałam słuchać, co inne osoby mają o mnie do powiedzenia. Nie warto, można usłyszeć same nieprzyjemne rzeczy.

Minęła tylko godzina. Zostały mi jeszcze dwie całkowicie bezcelowego czekania. Nie miałam pojęcia, co ze sobą zrobić. Pójść gdzieś? Gdzie? I to jeszcze sama? Bałam się chodzić gdziekolwiek sama. Może dlatego, że do tego w ogóle nie przywykłam. Nienawidziłam poniedziałku. Wszyscy się cieszyli, że mogą wrócić wcześniej do domu, a ja nie mogłam.

Na szkolnych gazetkach nie było nic interesującego. Wszystko przeczytałam już wcześniej. Nazwiska na dyplomach już dobrze znałam.

Pomyślałam, że się prześpię, także położyłam się na parapecie i faktycznie zasnęłam. Gdy się obudziłam, był już późny wieczór. Mój autobus dawno odjechał. Co oznaczało, że nie ma żadnego sposobu, żebym wróciła do domu. Ciekawe, czy rodzice się o mnie martwią. I tak nie mogłam do nich zadzwonić, mój telefon od jakiegoś czasu nie działał. Jutro do nich wrócę.

Szkoła spowita nocną ciemnością była straszna. Nie chciałam jej nigdy widzieć w takiej odsłonie. Byłam w niej całkowicie sama, żadna żywa dusza nie mogła się tu znajdować. Czyli wyglądało na to, że teraz muszę czekać na ranek… Cóż, przynajmniej teraz nie będę musiała być pod klasą o wpół do siódmej.

Zrobiłam sobie poduszkę z plecaka i próbowałam zasnąć, ale szybko zrozumiałam, jak słaby to był pomysł, bo przecież przed chwilą doskonale się wyspałam. Lepiej niż w moim pokoju, bo w szkole było trochę cieplej. Ale teraz znów dopadło mnie zimno, więc wolałam się rozruszać.

Odwiedziłam każdy otwarty kąt szkoły, a nie było tego wiele, wszystko zostało pozamykane na klucz. Oprócz tego panowała ciemność, a ja się bałam zapalić światło. Nie wiedziałam, co mogę ujrzeć, gdy jasność spadnie na te niepokojące korytarze. Może coś strasznego.

Chodziłam, chodziłam i czekałam, liczyłam kroki, naliczyłam ich po kilka razy po dziesięć tysięcy, bo zawsze w pewnym momencie mi się myliło i zaczynałam liczyć od nowa.

Nie chciałam umrzeć z nudów, musiałam coś porobić.

Popatrzyłam na kwiaty, które trzymałam w dłoni. Pamiętam, że w dzieciństwie zrywałam płatki, mówiąc „kocha, nie kocha, kocha, nie kocha”… I tak właśnie zrobiłam. Nie byłam pewna, czy zerwałam wszystkie płatki, ale skończyło się z mojej perspektywy na „nie kocha”. Wszystko się zgadza. Dobrze, że było ciemno, nie chciałam patrzeć na płatki tych pięknych kwiatów leżące na ziemi.

Co by tu porobić, czym by tu się zająć…

Ciemny, długi korytarz odsłaniał się przed moimi oczami. Absolutnie żadnej żywej duszy w zasięgu wzroku.

Rzuciłam się w bieg. Dawno nie biegałam, zapomniałam, jakie to było przyjemne. Mknęłam przez ciemność jak wiatr, nic mnie nie ograniczało, żadnych barier, żadnych ograniczeń, byłam wolna, niepowstrzymana, wiatr wiał w moich włosach…

Aż nie zatrzymały mnie schody, o których zupełnie zapomniałam. Było już za późno, spadłam kilka metrów w dół z hukiem.

Dziwne, powinno mnie coś boleć, a nic nie czułam. Wstałam z ziemi zupełnie normalnie, tak, jakbym lekko się potknęła…

No tak, przypomniałam sobie, czemu. Uświadomiłam sobie jedną rzecz, o której bardzo nie chciałam pamiętać.

Jaka zabawna jest ludzka dusza. Wymyśla sobie, że coś ją boli, że jest jej zimno, żeby tylko wmawiać sobie, że wciąż żyje. Jak mogłoby mnie cokolwiek boleć? Powinnam być wolna od bólu, ale sama go na siebie sprowadzam.

Stałam u stóp schodów na parterze. Obok znajdowała się łazienka, jej białe drzwi były lekko zarysowane w mroku. Czując jakiś dziwny ucisk w środku, chwyciłam za klamkę.

Znów rozbolały mnie rany, ale teraz już wiedziałam, że to tylko złudzenie.

Zapaliłam światło. Musiałam zmrużyć oczy i chwilę się przyzwyczaić. Od dawna już nie widziałam takiej białej, bystrej jasności.

To była jedyna łazienka, w której znajdowały się lustra. Korciło mnie niezwykle, żeby zajrzeć w jedno z nich. Tak dawno nie patrzyłam w swoje odbicie. Może jak je zobaczę, uspokoję, się, że wszystko jest w porządku, a ja się zwyczajnie nakręcam.

Podeszłam do umywalki i podniosłam wzrok. Zobaczyłam jedynie błękitne płytki z tyłu mnie. Zamrugałam kilka razy, dotknęłam lustra, przetarłam je. Nic z tego.

Tęskniłam za widokiem mojej brzydkiej twarzy. Gdybym ją zobaczyła, to wiedziałabym, że znów żyję.

Zgasiłam światło, żeby nie patrzeć w odbicie tych okropnych płytek. Ale po chwili znów je zapaliłam i znów wpatrzyłam się w lustro. Muszę się do tego przyzwyczaić, nie mogę wiecznie udawać, że wszystko jest takie jak dawniej. Może kiedyś się z tym pogodzę. Chyba będę musiała.

Za oknem było ciemno. Otworzyłam je, weszłam na parapet i wyskoczyłam na zewnątrz.

Nie było już niczego, czego mogłabym się bać.

Ruszyłam w drogę do domu.

15 lip 2026

Śnieg

edytuj post! + Brak komentarzy:

Prawie wszyscy goście byli już na miejscu i impreza mogła się oficjalnie rozpocząć. Ale obiecałam sobie, że nie usiądę do stołu, zanim absolutnie wszyscy nie dotrą na miejsce. Patrzyłam więc z cierpliwie przez okno na słabo oświetlone podwórko, na objęty ciemnością las i na śnieg, który z każdą chwilą sypał coraz mocniej.

– Ty nie idziesz do nas? Wiesz, trochę nam głupio tak siedzieć bez ciebie… – powiedziała Daria, wchodząc do przedsionka.

– Czekam na Martynę – wytłumaczyłam.

– Ta jak zwykle się spóźnia, co? Nie odpisuje mi od godziny. Znając ją, pewnie dopiero wyjechała z domu.

– No ta, ode mnie też nie odbiera… Ale zaczyna padać.

– To już jej problem. Chodź do nas.

Westchnęłam i zanim zdążyłam podjąć jakąkolwiek sensowną decyzję, w mojej kieszeni telefon zaczął wibrować. Wyjęłam go i wcale się nie zdziwiłam, gdy zobaczyłam „Debil” na wyświetlaczu.

– No gdzie ty jesteś?! – zapytałam trochę za głośno.

– Ty, wytłumacz mi jeszcze raz, jak tu do ciebie dojechać. – Usłyszałam beztroski i wyraźnie stłumiony katarem głos Martyny. – Bo mi internet się skończył i nie wiem, jestem w jakimś polu.

– W jakim polu?

– To znaczy, w lesie. Jestem w lesie jakimś.

Tego się obawiałam. Czułam, że ktoś się zgubi.

– Jechałaś przez Piaski, nie?

– Tak, drogą normalnie z Borowca, potem skręciłam w prawo.

– I gdzie dalej jechałaś?

– No, jak zobaczyłam te znaki, to skręciłam w lewo.

– I skręciłaś w prawo w taką drogę, przy której jest kapliczka?

– Eee…

– Nie skręciłaś?

– Ja skręciłam w jakąś drogę, ale czy tam była kapliczka…

– Weź cofnij się do tej głównej drogi, póki jeszcze śladów ci nie zasypało i rozglądaj się. Po prawej będzie taka mała kapliczka, także rozglądaj się, bo łatwo jest ją przeoczyć.

Z opisu Martyny wynikała, że była blisko mojego domu, tylko nie skręciła w odpowiedni zakręt. Jeszcze chwila i będzie na miejscu.

– Dobra, cofam się.

– Jak już znajdziesz tę drogę to jedź prosto, najbardziej oświetlony dom to mój. I śpiesz się, bo sypie coraz mocniej.

– Dobra, dzięki. To do zobaczenia!

– Do zobaczenia.

Rozłączyłyśmy się, a ja zdecydowałam się pójść do gości. Nie minęło jednak kilka minut, gdy koleżanka zamiast pojawić się na imprezie, znowu zadzwoniła do mnie.

– Ej, Olka, ja to nie wiem, gdzie ja jestem.

– Ja też nie wiem, gdzie ty jesteś. Opisz okolicę.

– No… Drzewo, drzewo. Las. Śnieg. Droga.

– Skręciłaś w prawo?

– Skręciłam. Są inne drogi w prawo?

– Są. Zawracaj znowu.

– Dobra… Dlaczego ty mieszkasz na takim zadupiu, powiedz ty mi?

– A dlaczego wszyscy inni dojechali bez gubienia się i tylko ty masz jakieś problemy?

– Przecież wiesz, że nie mam orientacji w terenie…

– Dlatego ci wysłałam screeny z Google Maps, jeszcze wszystko dokładnie rozrysowałam, ładną mapkę zrobiłam, instrukcję napisałam.

– Wiem, ale ja zgubiłam tę kartkę.

Ledwo powstrzymałam się od uderzenia w głowę.

– Wiesz co, Martyna? Ty wróć do tej drogi w Piaskach. Tam stój i czekaj na mnie, bo znowu się pogubisz.

– Nie no, nie pogubię. Wytłumacz mi jeszcze raz, jak tu do ciebie dojechać.

– Teraz nie wytłumaczę, bo nawet nie wiem, gdzie jesteś. Nie ma tam żadnych świateł, nic nie widać?

– Eeee… No jakieś światło w sumie tam za drzewami widać, jakieś takie zielonkawe.

– Jak to zielonkawe?

– A może mi się wydaje.

Śnieg sypał już bardzo mocno. Świat zza okna był nie do dostrzeżenia. O ile byłam zdenerwowana na Martynę, wyobraziłam sobie, co ona musi teraz czuć w środku obcego lasu, otoczona przez śnieg padający z nieba, pod presją czasu, że zaraz zaczną robić się zaspy i może utknąć. Wzięłam głęboki wdech.

– Internetu nie masz?

– Nie.

– Ja ci mówię, Martyna. Wracaj do Piasków. Nie będziesz mieć z tym problemu?

– No nie, zawrócić po tej drodze, potem po tej głównej w lesie i już będę na drodze, tak?

– Dokładnie. Szybko cofaj się, ja tam po ciebie pojadę.

– Dobra.

Powiedziałam gościom, że muszę wyjść po Martynę, bo ma problem z trafieniem na miejsce. Założyłam szybko kurtkę i buty, wyszłam z domu, wsiadłam do samochodu i ruszyłam drogą.

Jechałam powoli. Droga była już śliska, a śnieg praktycznie uniemożliwiał zobaczenie czegokolwiek. Starałam się wypatrywać jakichś świateł samochodu, które najpewniej należałyby do Martyny, lecz nic nie mogłam dostrzec. Las był całkowicie ciemny, a droga zaśnieżona. Jeśli znajdowały się na niej jakieś ślady opon, już znikły.

Dojechałam do Piasków, gdzie padało już nieco mniej, widoczność była lepsza, ponieważ świeciły się lampy. Nie dostrzegałam jednak nigdzie żadnych reflektorów. Wyszłam z samochodu, rozejrzałam się, ale droga była pusta. Gdy wróciłam, zobaczyłam, że Martyna do mnie dzwoniła.

– Ja już czekam na ciebie – powiedziałam.

– Słuchaj, ja do jakiejś wsi dojechałam.

– Jakiej wsi?

– No nie wiem.

– Piasków?

– Nie, to jakaś inna wieś.

– Ale jaka? Nie ma tam znaku nigdzie?

– Nie, patrzę i patrzę, ale nie widzę żadnych znaków ani nic.

– Weź opisz tę wieś.

Bądź co bądź, dla Martyny lepiej, aby znajdowała się gdzieś w cywilizacji niż w środku lasu.

– No taka wieś. Nie wiem. Drewniane domy takie. Drewniane płoty. Ciemno tu jest, parę latarni stoi ale są takie dziwne, zielone.

Nic mi ten opis nie mówił, ale to nic niezwykłego, Martyna była trochę odklejona i znajome rzeczy opisywała w taki sposób, że nikt nie mógł ich rozpoznać.

– Wyślij zdjęcie.

– Ale ja ci mówiłam wczoraj, że mi się miejsce na karcie skończyło i nie mogę zdjęć robić.

– To usuń jakieś stare, no! To ważna sprawa.

– Ale ja już nie mam co usuwać, wszystko usunęłam!

Z lasu Martyna w ciągu tego czasu mogłaby dojechać jedynie do Zalesia Dębowego, które tylko trochę pasowało do enigmatycznego opisu. Na pewno nie znajdowały się tam żadne zielone latarnie i w zasadzie tylko jeden dom był drewniany i otoczony płotem, ale za to był zbudowany zaraz przy lesie, więc Martyna zapewne szybciej go zauważyła. Były tam również znaki, które powinny być dobrze widoczne, być może śnieg zasłonił także i je.

– Zostań tam. Ja zaraz pojadę po ciebie.

– Dobra, a mogę zostać połączona? Bo wiesz, zaczynam się cykać trochę.

– Nie ma czego, zaraz tam będę.

Normalnie byłabym na miejscu w trzy minuty, ale przez warunki atmosferyczne czas wydłużył się do ponad dziesięciu minut. W tym czasie Martyna zdążyła w końcu dostrzec powagę sytuacji i się zestresować. Ja nie czułam się lepiej, ale starałam się ją jakoś pocieszyć i opowiedziałam, co mi się dzisiaj śniło. Przez chwilę pożartowałyśmy na ten temat, ale Martyna po chwili wróciła do stresowania się.

Gdy dojechałam do Zalesia, śnieg już sypał z nieba kilogramami i robiło się już naprawdę nieciekawie. Jednak wieś była dobrze oświetlona, dałam bez problemu radę dostrzec znaki, w przeciwieństwie samochodu Martyny, którego nigdzie nie było. Wtedy zauważyłam, że od dawna koleżanka się nie odezwała.

– Ej, żyjesz? Opowiedz mi dokładnie, jaką drogą jechałaś, bo coś mi tu nie gra.

Cisza.

– Halo, ziemia do Martyny!

Zaczęłam ją nawoływać a nerwy przejmowały nade mną władzę, ale uspokajałam się, ze pewnie wyszła z samochodu się rozejrzeć. I tak w istocie było, po kilku minutach usłyszałam w telefonie niezdrowe kaszlnięcie, a potem głos.

– Dobra, jestem.

– Gdzie ty zniknęłaś?!

– Paliwo mi się skończyło. A myślałam, że mi wystarczy na dzisiaj.

– Matko jedyna...

– Ale zobaczyłam na drodze taką panią i zapytałam się, jak dojechać do Piasków.

– O Jezu… – westchnęłam. – I jak ci powiedziała?

– Że mam jechać cały czas prosto i wtedy dojadę.

–...że co? To gdzie ty jesteś?

– Nie wiem.

– Nie zapytałaś jej, co to za miejscowość?

– Nie wiem, zapomniałam!

Jeśli do Piasków jechało się prosto, musiała być to albo Wierzbowo, albo Podlesie. Ale to do siebie nie pasowało w ogóle.

– Weź dogoń tę panią i zapytaj ją jeszcze raz.

Martyna zakaszlała.

– D-dobra!

Po kilku minutach ciszy odezwała się.

– Nie wiem, ona mi gdzieś znikła.

– Jak to znikła?

– No nie wiem! Przeszłam się trochę i nigdzie jej nie widzę! Ale też nie chciałam iść za daleko, bo pada tak strasznie… Jestem cała oblepiona tym śniegiem, trudno mi się oddycha, nie wiem o co chodzi...

– Zaraz, co ona robiła w taką śnieżycę na drodze?

– A bo ja wiem?! Może kroki wyrabia i pogoda jej niestraszna, nie wiem. Może jest pojebana.

– Tam są domy?

– No, może weszła do któregoś…

– A masz psychę zapukać?

– Teraz nie mam już nic do stracenia…

Potem nastąpiła dłuższa, jeszcze bardziej niepokojąca cisza. Ja tymczasem wróciłam do Piasków i skierowałam się w stronę Wierzbowa. Chociaż nie miałam pojęcia, jak Martyna miałaby się tam znaleźć, najsensowniej było przyjąć, że trafiła właśnie tam.

Kobieta spacerująca w śnieżycę… Cóż, mi też raz czy dwa zdarzało się wyrabiać kroki, gdy padał równie wielki śnieg. Ale nie były to jakieś szybkie kroki. A skoro ta kobieta tak Martynie zniknęła, to chyba musiała mieć dobre tempo.

– Pukałam w jednym domu, w drugim, ale tam generalnie ciemno jest, żadnych świateł zapalonych, te podwórka też jakieś opuszczone… – powiedziała zachrypiałym głosem.

– Boże, Martyna, gdzie ty zajechałaś…

– Zapukałam jeszcze do trzeciego domu, tam się świeciło na schodach i założyłam, że ktoś tam musi być, ale nikt nie odpowiadał. Nawet drzwi były otwarte, bo nacisnęłam klamkę.

– Weszłaś do tego domu?

– No nie, bałam się! Nie wiadomo, kto tam przecież mieszka.

– Racja, nie jest to zbyt mądre.

– I w tym domu generalnie było strasznie zimno, zdecydowanie nikt tam nie palił w piecu ani nic.

– Martyna, słuchaj, na chwilę się rozłączę, zadzwonię do taty, może on się bardziej domyśli, gdzie ty właściwie jesteś.

– Dobrze, pośpiesz się!

Rozłączyłam się i zadzwoniłam do taty.

– Słuchaj, tata, co to może być za wieś – trzy drewniane domy, drewniane płoty, jak jedzie się wzdłuż drogi to dojedziesz do Piasków?

– A gdzie cię wywiało w tę śnieżycę?

– Mnie nie wywiało, teraz dojeżdżam do Piasków, ale Martynę tak. Ona nie ma pojęcia gdzie jest, ja zresztą również.

– Trochę brzmi jak te domy na obrzeżach Szymanowa, ale tam są dwa drewniane domy, nie trzy…

– Szymanowo, dobra, faktycznie.

– Słuchaj, ty wracaj do domu i powiedz koleżance, żeby została w samochodzie, nie ruszała się i poczekała, aż śnieżyca przejdzie. Za parę godzin powinno być spokojnie i wtedy jej poszukamy, bo teraz nic nie widać.

– Ta, ale jej się skończyło paliwo. Za parę godzin może zamarznąć.

– Nie ma żadnego GPS-a?

– Nie, ona w ogóle nie ma internetu w telefonie.

– Kiepska sprawa. Niech zadzwoni po pomoc.

– No, chyba będzie musiała. Na razie do niej zadzwonię i zobaczymy.

Rozłączyłam się i od razu zadzwoniła Martyna. Na dobry początek rozmowy zaczęła kaszleć.

– Tata mówi, że może to być Szymanowo.

– A ja byłam w tym domu jeszcze raz.

– I co?

– No… Taki dom. Bardzo stary, taki jak dom mojej babci. Stare meble, meblościanki, czerwone dywany…

– Był ktoś w środku?

– Na wersalce spała taka dziewczyna, młoda.

– I?

– Próbowałam ją obudzić, ale nic z tego.

– Ona żyje w ogóle???

– Tak, oddycha. W tym domu jest strasznie zimno, a ona śpi pod samym kocem. Wszędzie jest kurz i syf. Rozejrzałam się po domu trochę i pożyczyłam koc, ale oddam go, zostawiłam karteczkę z numerem telefonu. – Martyna brzmiała, jakby ledwo mogła mówić, a wszystkie przecinki i kropki w jej wypowiedzi były dopełnione przeczyszczaniem gardła.

– Zrozumiałe, pewnie masz w tym aucie zimno. Nie możesz zamarznąć.

– Nawet pomyślałam przez chwilę, czy nie zostać w tym domu dłużej, zejść do piwnicy i nie napalić w piecu, ale obie pary drzwi są zamknięte na amen… Czy ja już łamię prawo? Haha…

– Tym się teraz nie przejmuj.

– Słyszę jakieś dzwonki, ale to chyba mi się wydaje, świruję już…

– Nie, to u mnie coś hałasuje, ale ja to ignoruję aż nie jebnie.

– Zostać w aucie i czekać na ciebie?

– Zostań.

– Bateria mi się kończy, na chwilę się rozłączę, dobra?

– Dobra.

Jechałam dalej. Droga była strasznie śliska, widoczność zerowa, poruszanie autem przypominało bardziej czołganie się w gęstym budyniu. Poza tym na drodze zaczynały robić się zaspy. Każda sekunda się liczyła.

Po kilku minutach trwających jak kilka godzin, Martyna zadzwoniła do mnie znowu.

– Dzwoniłam do pomocy drogowej.

– I jak?

– Szukają mnie, mają jakieś te swoje triki technologiczne, żeby mnie znaleźć.

– Całe szczęście…

– Myślę, że możesz wrócić do domu. Ja będę czekać w samochodzie na pomoc.

– Nie zamarzniesz?

– Nie, spokojnie. Jest mi teraz całkowicie ciepło. – Na udowodnienie tego zakaszlała. – I czuję jakiś taki zapach fiołków, to chyba od tego koca. Muszę spytać tej dziewczyny, jakiego proszku do prania używa – zaśmiała się beztrosko.

– A masz coś do picia, jedzenia?

– Coś tam mam…

– Czyli?

– Mam herbatę w termosie.

– No dobra, chociaż tyle.

– Ja wyłączam telefon, aby oszczędzać baterię. Nie wiem, czy się zobaczymy dzisiaj, więc chcę ci powiedzieć, że… Wszystkiego najlepszego! Dużo zdrowia, szczęścia, większej ilości bułek z pieczarkami w piekarniach i czego sobie tylko zażyczysz…

Nie zdołała dokończyć życzeń, zaczęła kaszleć jak gruźlik.

– O… Dziękuję. Wiesz, że zapomniałam, że dzisiaj mam urodziny?

– Haha… Przepraszam, to przeze mnie.

– Nie, nie przejmuj się. Czekaj na pomoc. Do zobaczenia.

– Do zobaczenia.

Udało mi się dojechać do mojego domu bez większego problemu. Okazało się, że goście doskonale się bawili beze mnie, czego dowodem były leżące w różnych kątach pokoju trochę mało przytomne koleżanki. Porozkładałam je na kanapie i na łóżkach, a potem poszłam do swojego pokoju.

Śnieg nadal sypał. Co jakiś czas dzwoniłam do Martyny, ale nadal miała wyłączony telefon. Patrzyłam na ciemny świat i modliłam się, aby udało jej się tutaj dotrzeć. Pewnie nie była daleko, może z dziesięć minut drogi, pogubiła się po prostu przez ten śnieg. Niedługo tutaj przybędzie.

A po jakimś czasie zadzwonił telefon. „Debil” wyświetlił się na ekranie.

– Martyna?! Jesteś gdzieś?!

Nie usłyszałam jej głosu, ale za to słyszałam potężne szumy burzy śnieżnej.

– Martyna, czy ty wyszłaś z samochodu?!

Wtedy usłyszałam jej głos, ale przez ten wiatr i śnieg nie dało się go zrozumieć.

– Wracaj do samochodu! Nie słyszę cię!

– Widziałam twój dom… – usłyszałam nagle. Martyna brzmiała, jakby traciła oddech, jej głos był całkowicie szorstki i zachrypiały.

– Co, że gdzie?!

– Między drzewami. Poszłam tam i nagle znikł mi sprzed oczu. Wszędzie jest zielono jakoś, jakieś takie zielone światło, o co może chodzić?

Usłyszałam coś, co chyba było najbardziej zaawansowanym kaszlem palacza.

– Martyna, wracaj do samochodu! Czekaj na pomoc!

– Nie mogę go znaleźć. Ale słyszę dzwonki.

– Jakie dzwonki? Martyna, w lesie nie może być żadnych dzwonków!

– I taki ładny zapach czuję. Chyba fiołki.

Czy ona…

– Martyna, czy jest ci zimno?

– Jest bardzo ciepło…

– Martyna, wcale ci nie jest ciepło! Jeśli się rozebrałaś, zakładaj ubrania!

– Koc był cały w białym proszku, fuj. A to, co leci z nieba, to nie jest śnieg. W ogóle nie jest zimny. Ale chyba… – zakaszlała intensywnie. – Chyba dostał mi się do płuc.

Rozłączyłam się i zadzwoniłam na pogotowie. Szczerze mówiąc, nawet nie pamiętam, co powiedziałam pani dyspozytor, ale musiałam powtarzać to po kilka razy, bo mnie nie rozumiała. Na pewno powiedziałam, że moja koleżanka zgubiła się gdzieś w lasach Piaskowskich i prawdopodobnie już dopada ją hipotermia. Nie pamiętam, czy pani dyspozytor cokolwiek odpowiedziała.

Za ścianą grała skoczna muzyka, koleżanki spały wesoło z nietrzeźwości, a ja patrzyłam na szalejącą śnieżycę z poczuciem, że zaprosiłam Martynę na swoje urodziny tylko po to, aby ją zabić. I w żaden sposób nie mogę jej pomóc, bo nie mam już pojęcia, gdzie jej szukać.

Po pewnym czasie, gdy śnieżyca już ustała, a noc zrobiła się jasna i biała, przyszedł do mnie SMS od Martyny:

Jest już dobrze wgl siadlam do samochodu jednej pani i ona knie odwozi do domu sory se sę nie stawoe na twojeje imprezie ale nie mam sily

Spadł mi z serca ogromny kamień.

To dobrze. Wracaj do domu.

Ale po chwili się zaniepokoiłam na nowo.

A wiesz kim ta pani jest???

nkw nie odzywa się ale mówila że jedzie do borowca teraz już nic nie mówi nic strasznie tu fiolkami jrdzie

Po chwili przyszła druga wiadomość.

Wsszie jest ten bialy proszek owadza mi się na plucach haha jestem cala obklrjpna tym prosxkiem

A po chwili trzecia, ostatnia.

nateoria mi unorf TP noka pytania eoadompsc

Wtedy jej telefon zamilkł całkowicie. Jakiś czas później ustalono, że po raz ostatni logował się do sieci w Michałowie o godzinie 17:10, w miejscowości położonej w zupełnie innym kierunku niż mój dom. Jej samochód znaleziono jeszcze później, w oddalonych kilkanaście kilometrów na północ lasach. Samej Martyny nikt już nigdy nie widział.