20 lip 2026

Rany

edytuj post! +

Już od dobrego tygodnia nie widziałam słońca.  Gdy budziłam się rano, było ciemno. Szłam do szkoły w ciemności. Gdy patrzyłam za okno, również było ciemno. A gdy wracałam do domu, już było po zachodzie słońca.

Od jakiegoś czasu nie budził mnie budzik, lecz zimno. Kiedyś mój pokój był tak przyjemnie ciepły. Nie rozumiem, czemu to się zmieniło. Spałam w grubej piżamie, szlafroku, pod kołdrą i dwoma kocami, ale i tak w każdą noc nadchodził moment, w którym mój organizm budził się wyziębiony. Brałam wtedy kolejny koc, owijałam się w niego i próbowałam udać się w kolejny sen. Czasem mi się to udawało, czasem nie.

Co prawda, według zegarka była piąta rano, ale czułam się, jakby to był środek nocy. W ciemnościach pokoju mogłam dostrzec jedynie zarysy przedmiotów. Przeciągnęłam się i rozważałam, czy położyć się jeszcze na dziesięć minut, czy zmotywować się do wstania już teraz. Poleżałam przez chwilę, walcząc z opadającymi powiekami, aż stwierdziłam, że jak nie chcę być spóźniona, to muszę wziąć się w garść.

Miałam jakąś awersję do włączania światła. Może na coś zachorowałam, bo na samą myśl, że miałabym nacisnąć na włącznik, oblatywał mnie strach. Ubrałam się i uczesałam więc w tych egipskich ciemnościach, potęgowanych jeszcze przez ciemnoszare zasłony. Przynajmniej nie widziałam swojego odbicia w wiszącym na szafie dużym lustrze. Zdecydowanie nie lubiłam na siebie patrzeć.

Zastanowiłam się przez chwilę, czy mam ochotę na zjedzenie śniadania. Szybko doszłam do wniosku, że nie, zdecydowanie nie miałam ochoty. Sama myśl o jedzeniu ściskała moje wnętrzności.

– Światła się boisz, jedzenia się boisz, czego ty się nie boisz, wariatko? – powiedziałam do siebie w myślach. Nie odpowiedziałam.

Dom był objęty zupełną ciszą. Wszyscy domownicy spali. Słyszałam równy oddech mamy i głośne chrapanie taty za ścianą. Szczęściarze, ich dzień rozpocznie się dopiero za kilka godzin. Chciałam ich obudzić, ale pomyślałam, że to byłoby bardzo nie w porządku. Sen jest tak cenny dla zdrowia, że jego przerwanie bez większego celu mogłoby być karalne.

Trochę posnułam się po domu, szukając czegoś do zajęcia się, ale nie znalazłam niczego. W końcu musiałam przestać szukać wymówek i pójść na autobus. Wyszłam w domu, pod szorstką opiekę starego dobrego poniedziałku.

Gęsta mgła wisiała nad drogą, a przez nią ledwie przebijało pomarańczowe światło latarni. Było  strasznie zimno. Założyłam zdecydowanie za cienką kurtkę. W dodatku z nieba kropiła lekka mżawka, bardzo irytująca, oblepiająca twarz i ściekająca za kołnierz. Chciałam zostać w domu i pójść spać… Ale poczułam, że moim obowiązkiem jest pójście do szkoły. Także ruszyłam swoją stałą rutynową drogą na przystanek. Liczyłam kroki: raz, dwa, pięćdziesiąt, sto, sto pięćdziesiąt…

Przez tę rozległą mgłę świat sprawiał wrażenie o wiele większego niż wcześniej. Ogromny krzyż przydrożny wyłonił się z mgły, a mały, czerwony znicz, jasno palił się u jego stóp. Zrobiłam znak krzyża, tak jak do tego przywykłam i ruszyłam dalej, próbując marszem zdusić natrętne myśli, jakie właśnie we mnie się pojawiły.

Droga była pusta, nikt nią nie szedł poza mną. Nie spotkałam nawet żadnego kotka ani pieska, jedynie raz minął mnie biały dostawczak. Ten człowiek dopiero ma przerąbane, pewnie od dwóch godzin już nie śpi.

Przystanek oświetlony pomarańczowym światłem jawił się na końcu drogi niemal mistycznie, jak cel ostateczny długiej wędrówki. Jednak czekał mnie jeszcze autobus, kolejny marsz oraz szkoła. Czyli dzień jak co dzień.

Stałam tak na przystanku, wiatr wiał mi po karku i twarzy, kolce zimna kłuły moją skórę, a ja miałam prorocze wizje, że właśnie tak będzie wyglądała moja wieczność. Będę wstawać o tej nieludzkiej godzinie, będę czekać na tym starym przystanku na stary autobus, będę się męczyć w miejscu, w którym zdecydowanie nie chciałabym być, a potem będę wracać tym samym autobusem do mojego nieprzyjaznego domu. Nigdy nie wydarzy się nic, co mnie wyrwie z tej pętli, nigdy nie pojawi się tutaj ani promień fantazji, wszystko będzie wiecznie takie samo, męczące i nieprzyjazne.

Autobus nadjechał kilkanaście minut później, o kilkanaście minut za późno. Wsiadłam do środka, usiadłam na swoim stałym miejscu i próbowałam zdrzemnąć się chociaż na chwilę. Nie udawało mi się to, chociaż oczy mi się kleiły, chyba miałam za dużo myśli w głowie. Rozejrzałam się po autobusie. W środku siedziało już kilka osób, wszystkie spały albo siadziały z głowami opartymi o szyby. Żadna z nich nie chciała tu być.

Wtedy moje rany zaczęły nagle promieniować bólem. Dawno już tego nie czułam. Miałam nadzieję, że ból zostawił mnie w spokoju i już nigdy więcej to się nie wydarzy.

Ból zniknął tak nagle jak się pojawił.

Za oknem nie było nic ciekawego, ale wpatrywałam się w nie przez godzinę, licząc, że coś jednak się pojawi. Zanim się pojawiło, już musiałam wysiadać.

Wciąż było ciemno. Ruszyłam w kierunku mojej szkoły kolejną ulicą, ale tym razem mniej zamgloną i bardziej zabudowaną. Co jakiś czas mijał mnie ktoś w płaszczu lub długiej kurtce, zgarbiony, z dłońmi w kieszeniach, śpiesząc się, żeby być już teraz w szkole lub w pracy, gdzie nie wiał już ten zimny wiatr.

W końcu i ja dotarłam, a szkoła była pusta i ciemna. Zawsze tu tak było, gdy przychodziłam. Cóż, nikt nie przychodzi na 6:30 do szkoły z własnej woli, kiedy ma lekcje na ósmą. Tylko nieszczęśnicy tacy jak ja, których losy zależały wyłącznie od PKS–ów i prywatnych autobusów, byli o tej porze na miejscu.

Powiedziałam „Dzień dobry” pani woźnej, ale ta mi nie odpowiedziała. Nie zaszczyciła mnie nawet spojrzeniem.

Usiadłam pod klasą i czekałam, aż korytarz zacznie się zapełniać ludźmi. Najpierw stopniowo, co jakiś czas przychodził ktoś równie nieszczęsny jak ja, siadał na podłodze, zajmował się swoim telefonem, książką albo zwyczajnie szedł spać. Potem pojawiało się coraz więcej nieszczęśników, którzy zaczynali łączyć się w grupy wsparcia i zwierzać się ze swojego nieszczęścia. A następnie pojawiało się coraz więcej osób, grupki się powiększały, dezintegrowały się na mniejsze, a korytarz stawał się pełen osób o różnym wyglądzie, o różnych historiach.

Żadna z nich nigdy nie zwróciła na mnie uwagi. Siedziałam sama, patrzyłam na nich, oni nie patrzyli na mnie. Dlaczego tak się stało? Przecież jeszcze niedawno miałam kolegów, z którymi mogłam ponarzekać na wszystko, pożartować, poopowiadać coś, pouczyć się na sprawdzian… A teraz nagle stałam się niewidzialna. Może powiedziałam coś nie tak i wszyscy się na mnie obrazili? Ale co takiego? Może jakbym kogoś zapytała, poznałabym odpowiedź… Ale bałam się tej odpowiedzi. Dlatego nie pytałam.

Musiałam zaakceptować ich decyzję. Zdecydowali, że już dłużej nie będę częścią ich klasy. Nie będę przecież płakać i prosić, żeby mnie z powrotem przyjęli do siebie. To byłoby żałosne… Ale ta samotność bolała. Patrzyłam, jak się wesoło śmieją i słuchałam, że rozmawiają na dobrze znany mi temat. Mogłabym przecież powiedzieć o nim kilka słów, mogłabym dorzucić jakiś zabawny żarcik, może ktoś by się nawet roześmiał, ale ten strach zabijał we mnie wszystkie chęci, a nie posiadałam żadnego narzędzia, które mogłoby go unicestwić.

Także siedziałam sama, aż nie zadzwonił dzwonek, a pani polonistka nie otworzyła sali lekcyjnej. Ruszyli tłumem, najpierw dziewczyny, potem chłopaki, na szarym końcu ja.

Nie byłam przygotowana do lekcji zupełnie, a wtem pani oznajmiła, że będzie odpytywać. No tak, przecież zapowiadała. Dlaczego o tym zapomniałam? Będzie mi bardzo głupio, jak mnie zapyta o jakieś oczywiste rzeczy, a ja nie będę tego wiedzieć… Ale z drugiej strony, miałam wrażenie, że nieważne jak losować będzie, gdzie upadnie jej długopis w dzienniku, nigdy nie padnie moje nazwisko. Dla nauczycieli też stałam się niewidzialna. Od jakiegoś czasu żaden mnie o nic nie spytał, żaden mnie nie pochwalił ani nawet nie ochrzanił, nawet jeśli spałam na lekcjach. Stałam się nietykalna i wcale mi się to nie podobało. Wiele bym dała, żeby usłyszeć ten szorstki głos pani polonistki, że znów się nie przygotowałam, że się nie przykładam, że nie traktuję lekcji poważnie, że jestem zdolna, ale leniwa, że marnuję potencjał. Moja ostatnia kartkówka gdzieś przepadła, a ja bałam się o nią dopytać. Nie wiedziałam, czy dostałam z niej jakąkolwiek ocenę. Nie mogłam tego sprawdzić bez zapytania o to pani.

Lekcja minęła mi na obserwowaniu plam i pęknięć na ścianie.

Potem nadeszła przerwa. Inni przeżywali na nich przygody, o których będą za pewne opowiadać potomkom, a rozmowy, które przeprowadzali, wydawały się być interesujące, zajmujące i mogące mieć wpływ na ich przyszłe życie. Dla mnie przerwy to było stanie pod ścianą i czekanie na lekcję. W końcu nadeszła ona, matematyka.

Na mojej ławce znów leżały kwiaty, a radość zalała moje serce.

Chwilę później znów rany zaczęły boleć i nie mogłam czuć radości.

Ale gdy już ból przeszedł, mogłam się cieszyć. A byłoby to naprawdę trudne, nie cieszyć się z kwiatów leżących na mojej stałej ławce, dowodu, że jednak ktoś mnie widzi i ma jakieś uczucia do mnie…

Cieszyłam się jeszcze bardziej dlatego, że kwiaty te były zwyczajnie ładne. Nie wiedziałam, jak się nazywają, szkoda, że nigdy nie zainteresowałam się florystyką. W różnych, wesołych kolorach, różowe, czerwone, żółte. Jak pięknie będą wyglądały w moim pokoju… Chociaż mój pokój był teraz zupełnie ciemny.

Matematyka również minęła spokojnie, pilnie rozwiązywałam polecenia w zeszycie, część okazała się być zrobiona dobrze, w innych popełniłam masę błędów. Ale nie było źle. Ważne, że pani nie kazała mi pójść do tablicy. Któraś koleżanka zrobiła bardzo głupi błąd i niektórzy zaczęli się z niej śmiać. Dobrze, że to mnie ominęło.

Reszta dnia była jeszcze bardziej oniryczna, gdzieś niknęła w mojej świadomości, może to przez coraz to narastającą chęć znalezienia się w domu. No ale co z tego, że wrócę do domu, skoro jutro będę tutaj z powrotem? Kolejny dzień będzie wyglądał tak samo rutynowo i schematycznie, nie wydarzy się nic wyjątkowego, co sprawiłoby, że utkwi w mojej pamięci na dłużej, co wyrwie mnie z tego upiornego schematu, w jakim utknęłam i z jakiego nie mogłam się wyrwać. Gdyby tylko ktoś do mnie podszedł, to już byłoby coś niesamowitego…

Jedynie te kwiaty. One były zdecydowanie niesamowite, ale równocześnie tak enigmatyczne, że nie wiedziałam zbytnio, co mam przez nie czuć – oprócz oczywiście radości, której nie obejmowałam umysłem. Na kolejnej lekcji znów leżały na mojej ławce, tym razem były to złociste chryzantemy. Potem goździki, potem takie fioletowe, których nazwy nie znałam. Wszystkie piękne i pachnące wiosną.

Ile ja bym dała, żeby z powrotem była wiosna. Przypomniałam sobie czasy, w których wstawałam o tej samej godzinie, gdy słońce zaglądało przez moje okno. Robiłam na śniadanie ładne i smaczne kanapki, a potem szłam na przystanek, mijając kwieciste sady i malownicze ogrody, głaskając biegające wolno pieski i kotki, a ptaki śpiewały mi w koronach drzew, żeby szło mi się przyjemniej.

I ja mam uwierzyć, że to była ta sama droga, co ten zamglony, ponury szlak…

***

Lekcje dobiegły końca. Większość kolegów i koleżanek wybiegła z klasy w pośpiechu. Nic dziwnego, też bym wybiegła, jakby to sprawiło, że trafiłabym szybciej do domu. W końcu było to wczesne popołudnie, tyle cennego czasu, który można na coś spożytkować! W moim przypadku nie było to jednak możliwe, bez względu na to, jak szybko bym stąd wyszła, bez względu na to, o której godzinie kończyłam, wciąż musiałabym czekać trzy godziny na autobus. Trochę miałam czasu na bezcelowe snucie się po szkole i myślenie o tym, jak bardzo nie lubię schematu, w którym utknęłam. Dlaczego nie mogłam utknąć w czymś przyjemniejszym, czym sobie na to zasłużyłam?

Znów te rany. Ciągle, gdy udawało mi się o nich zapomnieć, musiały mi przypomnieć o swoim istnieniu. A rany na dłoni, w której trzymałam swoje przepiękne kwiaty, bolały najmocniej.

Może i moja klasa skończyła zajęcia, ale na korytarzach wciąż było pełno dzieciaków z różnych klas. One właśnie wiodły na moich oczach swoje własne, najpewniej udane życia. Ktoś jadł ze smakiem bułkę, ktoś słuchał muzyki, kołysząc głową w rytm, grupka osób rozmawiała i co chwila wybuchała śmiechem, jakaś parka trzymała się za ręce i patrzyła sobie głęboko w oczy. Zawiść mnie zżerała od środka. Nie mogłam poradzić na to, że czułam straszną nienawiść do nich. Mogłabym przecież być jedną z tych osób, ale musiałam stać się tym, kim jestem teraz. Żaden z dzieciaków na korytarzu nie był temu w ogóle winny, ale miałam ochotę z głębi serca zacząć na nich krzyczeć, że są niewdzięczni, bezmyślni, nic nie rozumieją, nie zasłużyli sobie na takie szczęście.

Ale tego nie zrobiłam, bo jest to bardzo nieładne.

Popatrzyłam na moje piękne kwiaty. Może wstawię je do wody już teraz. Nie chcę, by uschły, a może już cierpią z pragnienia. Nie mogę ich skazywać na kilka godzin czekania. Wyjęłam z jednego śmietnika butelkę po wodzie, a potem udałam się do łazienki z zamiarem nalania wody.

Pamiętam, jak kiedyś narzekałam, tak samo jak koleżanki na łazienki w szkole. Bo są brudne, nie mają mydła i papieru, zamki się nie zamykają, nie mają luster. Ale teraz mnie to ostatnie bardzo cieszyło. Nie chciałam patrzeć na siebie.

Nalałam wody i wsadziłam do butelki kwiatki. Poczułam się jakoś od razu lepiej psychicznie. Teraz nie miałam nic do roboty, poza snuciem się po szkole i czekaniem, czekaniem, czekaniem.

Ciągle to czekanie.

Siedziałam na piętrze pierwszym. Na drugim, na trzecim. Na schodach z tyłu piętra drugiego. Na parterze. Na ławce przed szkołą. Na dziwnych schodach, które mogły kiedyś prowadzić do piwnicy, ale teraz nie prowadziły nigdzie.

Przez chwilę słońce wyjrzało zza chmur. Tak się ucieszyłam, że upuściłam butelkę z kwiatami. Znów wtedy rozbolały mnie rany. Tym razem naprawdę mocno, potrzebowałam chwili, żeby poczuć coś innego niż ten ból.

Na podłodze urosła ogromna kałuża, w jej środku smętnie leżały zmoknięte kwiaty. Słońce z powrotem schowało się za chmurami.

Starłam wodę swoją koszulą, a potem poszłam do łazienki, żeby znów nalać wody. W środku siedziała grupka dziewczyn, ewidentnie stałych bywalczyń, które jadły kanapki i wesoło rozmawiały o rzeczach przeróżnych i obgadywały jakieś swoje koleżanki. Przestraszyłam się ich, ale one nie zwróciły w ogóle na mnie uwagi, a powinny być bezlitosne dla kogoś takiego jak ja. Kiedyś na pewno nie miałyby dla mnie litości.

Nalewałam wodę, a one wciąż prowadziły konwersację za moimi plecami. W pewnym momencie usłyszałam swoje imię.

– A wiecie, że ta Emilia…

Odwróciłam się gwałtownie.

Oczywiście, że nie byłam jedyną Emilią na całym świecie, ani nawet w tej szkole, ale jakoś wyczułam podskórnie, że tutaj może chodzić o mnie.

– Ona…

A wtedy druga dziewczyna gwałtownie jej przerwała.

– Cicho. Nic nie mów o niej, dobra?

Patrzyłam na nie, chociaż one nie patrzyły na mnie. Ale skoro nagle tak padło moje imię…

Nieważne. Nie chciałam słuchać, co inne osoby mają o mnie do powiedzenia. Nie warto, można usłyszeć same nieprzyjemne rzeczy.

Minęła tylko godzina. Zostały mi jeszcze dwie całkowicie bezcelowego czekania. Nie miałam pojęcia, co ze sobą zrobić. Pójść gdzieś? Gdzie? I to jeszcze sama? Bałam się chodzić gdziekolwiek sama. Może dlatego, że do tego w ogóle nie przywykłam. Nienawidziłam poniedziałku. Wszyscy się cieszyli, że mogą wrócić wcześniej do domu, a ja nie mogłam.

Na szkolnych gazetkach nie było nic interesującego. Wszystko przeczytałam już wcześniej. Nazwiska na dyplomach już dobrze znałam.

Pomyślałam, że się prześpię, także położyłam się na parapecie i faktycznie zasnęłam. Gdy się obudziłam, był już późny wieczór. Mój autobus dawno odjechał. Co oznaczało, że nie ma żadnego sposobu, żebym wróciła do domu. Ciekawe, czy rodzice się o mnie martwią. I tak nie mogłam do nich zadzwonić, mój telefon od jakiegoś czasu nie działał. Jutro do nich wrócę.

Szkoła spowita nocną ciemnością była straszna. Nie chciałam jej nigdy widzieć w takiej odsłonie. Byłam w niej całkowicie sama, żadna żywa dusza nie mogła się tu znajdować. Czyli wyglądało na to, że teraz muszę czekać na ranek… Cóż, przynajmniej teraz nie będę musiała być pod klasą o wpół do siódmej.

Zrobiłam sobie poduszkę z plecaka i próbowałam zasnąć, ale szybko zrozumiałam, jak słaby to był pomysł, bo przecież przed chwilą doskonale się wyspałam. Lepiej niż w moim pokoju, bo w szkole było trochę cieplej. Ale teraz znów dopadło mnie zimno, więc wolałam się rozruszać.

Odwiedziłam każdy otwarty kąt szkoły, a nie było tego wiele, wszystko zostało pozamykane na klucz. Oprócz tego panowała ciemność, a ja się bałam zapalić światło. Nie wiedziałam, co mogę ujrzeć, gdy jasność spadnie na te niepokojące korytarze. Może coś strasznego.

Chodziłam, chodziłam i czekałam, liczyłam kroki, naliczyłam ich po kilka razy po dziesięć tysięcy, bo zawsze w pewnym momencie mi się myliło i zaczynałam liczyć od nowa.

Nie chciałam umrzeć z nudów, musiałam coś porobić.

Popatrzyłam na kwiaty, które trzymałam w dłoni. Pamiętam, że w dzieciństwie zrywałam płatki, mówiąc „kocha, nie kocha, kocha, nie kocha”… I tak właśnie zrobiłam. Nie byłam pewna, czy zerwałam wszystkie płatki, ale skończyło się z mojej perspektywy na „nie kocha”. Wszystko się zgadza. Dobrze, że było ciemno, nie chciałam patrzeć na płatki tych pięknych kwiatów leżące na ziemi.

Co by tu porobić, czym by tu się zająć…

Ciemny, długi korytarz odsłaniał się przed moimi oczami. Absolutnie żadnej żywej duszy w zasięgu wzroku.

Rzuciłam się w bieg. Dawno nie biegałam, zapomniałam, jakie to było przyjemne. Mknęłam przez ciemność jak wiatr, nic mnie nie ograniczało, żadnych barier, żadnych ograniczeń, byłam wolna, niepowstrzymana, wiatr wiał w moich włosach…

Aż nie zatrzymały mnie schody, o których zupełnie zapomniałam. Było już za późno, spadłam kilka metrów w dół z hukiem.

Dziwne, powinno mnie coś boleć, a nic nie czułam. Wstałam z ziemi zupełnie normalnie, tak, jakbym lekko się potknęła…

No tak, przypomniałam sobie, czemu. Uświadomiłam sobie jedną rzecz, o której bardzo nie chciałam pamiętać.

Jaka zabawna jest ludzka dusza. Wymyśla sobie, że coś ją boli, że jest jej zimno, żeby tylko wmawiać sobie, że wciąż żyje. Jak mogłoby mnie cokolwiek boleć? Powinnam być wolna od bólu, ale sama go na siebie sprowadzam.

Stałam u stóp schodów na parterze. Obok znajdowała się łazienka, jej białe drzwi były lekko zarysowane w mroku. Czując jakiś dziwny ucisk w środku, chwyciłam za klamkę.

Znów rozbolały mnie rany, ale teraz już wiedziałam, że to tylko złudzenie.

Zapaliłam światło. Musiałam zmrużyć oczy i chwilę się przyzwyczaić. Od dawna już nie widziałam takiej białej, bystrej jasności.

To była jedyna łazienka, w której znajdowały się lustra. Korciło mnie niezwykle, żeby zajrzeć w jedno z nich. Tak dawno nie patrzyłam w swoje odbicie. Może jak je zobaczę, uspokoję, się, że wszystko jest w porządku, a ja się zwyczajnie nakręcam.

Podeszłam do umywalki i podniosłam wzrok. Zobaczyłam jedynie błękitne płytki z tyłu mnie. Zamrugałam kilka razy, dotknęłam lustra, przetarłam je. Nic z tego.

Tęskniłam za widokiem mojej brzydkiej twarzy. Gdybym ją zobaczyła, to wiedziałabym, że znów żyję.

Zgasiłam światło, żeby nie patrzeć w odbicie tych okropnych płytek. Ale po chwili znów je zapaliłam i znów wpatrzyłam się w lustro. Muszę się do tego przyzwyczaić, nie mogę wiecznie udawać, że wszystko jest takie jak dawniej. Może kiedyś się z tym pogodzę. Chyba będę musiała.

Za oknem było ciemno. Otworzyłam je, weszłam na parapet i wyskoczyłam na zewnątrz.

Nie było już niczego, czego mogłabym się bać.

Ruszyłam w drogę do domu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz