15 lip 2026

Śnieg

edytuj post! +

Prawie wszyscy goście byli już na miejscu i impreza mogła się oficjalnie rozpocząć. Ale obiecałam sobie, że nie usiądę do stołu, zanim absolutnie wszyscy nie dotrą na miejsce. Patrzyłam więc z cierpliwie przez okno na słabo oświetlone podwórko, na objęty ciemnością las i na śnieg, który z każdą chwilą sypał coraz mocniej.

– Ty nie idziesz do nas? Wiesz, trochę nam głupio tak siedzieć bez ciebie… – powiedziała Daria, wchodząc do przedsionka.

– Czekam na Martynę – wytłumaczyłam.

– Ta jak zwykle się spóźnia, co? Nie odpisuje mi od godziny. Znając ją, pewnie dopiero wyjechała z domu.

– No ta, ode mnie też nie odbiera… Ale zaczyna padać.

– To już jej problem. Chodź do nas.

Westchnęłam i zanim zdążyłam podjąć jakąkolwiek sensowną decyzję, w mojej kieszeni telefon zaczął wibrować. Wyjęłam go i wcale się nie zdziwiłam, gdy zobaczyłam „Debil” na wyświetlaczu.

– No gdzie ty jesteś?! – zapytałam trochę za głośno.

– Ty, wytłumacz mi jeszcze raz, jak tu do ciebie dojechać. – Usłyszałam beztroski i wyraźnie stłumiony katarem głos Martyny. – Bo mi internet się skończył i nie wiem, jestem w jakimś polu.

– W jakim polu?

– To znaczy, w lesie. Jestem w lesie jakimś.

Tego się obawiałam. Czułam, że ktoś się zgubi.

– Jechałaś przez Piaski, nie?

– Tak, drogą normalnie z Borowca, potem skręciłam w prawo.

– I gdzie dalej jechałaś?

– No, jak zobaczyłam te znaki, to skręciłam w lewo.

– I skręciłaś w prawo w taką drogę, przy której jest kapliczka?

– Eee…

– Nie skręciłaś?

– Ja skręciłam w jakąś drogę, ale czy tam była kapliczka…

– Weź cofnij się do tej głównej drogi, póki jeszcze śladów ci nie zasypało i rozglądaj się. Po prawej będzie taka mała kapliczka, także rozglądaj się, bo łatwo jest ją przeoczyć.

Z opisu Martyny wynikała, że była blisko mojego domu, tylko nie skręciła w odpowiedni zakręt. Jeszcze chwila i będzie na miejscu.

– Dobra, cofam się.

– Jak już znajdziesz tę drogę to jedź prosto, najbardziej oświetlony dom to mój. I śpiesz się, bo sypie coraz mocniej.

– Dobra, dzięki. To do zobaczenia!

– Do zobaczenia.

Rozłączyłyśmy się, a ja zdecydowałam się pójść do gości. Nie minęło jednak kilka minut, gdy koleżanka zamiast pojawić się na imprezie, znowu zadzwoniła do mnie.

– Ej, Olka, ja to nie wiem, gdzie ja jestem.

– Ja też nie wiem, gdzie ty jesteś. Opisz okolicę.

– No… Drzewo, drzewo. Las. Śnieg. Droga.

– Skręciłaś w prawo?

– Skręciłam. Są inne drogi w prawo?

– Są. Zawracaj znowu.

– Dobra… Dlaczego ty mieszkasz na takim zadupiu, powiedz ty mi?

– A dlaczego wszyscy inni dojechali bez gubienia się i tylko ty masz jakieś problemy?

– Przecież wiesz, że nie mam orientacji w terenie…

– Dlatego ci wysłałam screeny z Google Maps, jeszcze wszystko dokładnie rozrysowałam, ładną mapkę zrobiłam, instrukcję napisałam.

– Wiem, ale ja zgubiłam tę kartkę.

Ledwo powstrzymałam się od uderzenia w głowę.

– Wiesz co, Martyna? Ty wróć do tej drogi w Piaskach. Tam stój i czekaj na mnie, bo znowu się pogubisz.

– Nie no, nie pogubię. Wytłumacz mi jeszcze raz, jak tu do ciebie dojechać.

– Teraz nie wytłumaczę, bo nawet nie wiem, gdzie jesteś. Nie ma tam żadnych świateł, nic nie widać?

– Eeee… No jakieś światło w sumie tam za drzewami widać, jakieś takie zielonkawe.

– Jak to zielonkawe?

– A może mi się wydaje.

Śnieg sypał już bardzo mocno. Świat zza okna był nie do dostrzeżenia. O ile byłam zdenerwowana na Martynę, wyobraziłam sobie, co ona musi teraz czuć w środku obcego lasu, otoczona przez śnieg padający z nieba, pod presją czasu, że zaraz zaczną robić się zaspy i może utknąć. Wzięłam głęboki wdech.

– Internetu nie masz?

– Nie.

– Ja ci mówię, Martyna. Wracaj do Piasków. Nie będziesz mieć z tym problemu?

– No nie, zawrócić po tej drodze, potem po tej głównej w lesie i już będę na drodze, tak?

– Dokładnie. Szybko cofaj się, ja tam po ciebie pojadę.

– Dobra.

Powiedziałam gościom, że muszę wyjść po Martynę, bo ma problem z trafieniem na miejsce. Założyłam szybko kurtkę i buty, wyszłam z domu, wsiadłam do samochodu i ruszyłam drogą.

Jechałam powoli. Droga była już śliska, a śnieg praktycznie uniemożliwiał zobaczenie czegokolwiek. Starałam się wypatrywać jakichś świateł samochodu, które najpewniej należałyby do Martyny, lecz nic nie mogłam dostrzec. Las był całkowicie ciemny, a droga zaśnieżona. Jeśli znajdowały się na niej jakieś ślady opon, już znikły.

Dojechałam do Piasków, gdzie padało już nieco mniej, widoczność była lepsza, ponieważ świeciły się lampy. Nie dostrzegałam jednak nigdzie żadnych reflektorów. Wyszłam z samochodu, rozejrzałam się, ale droga była pusta. Gdy wróciłam, zobaczyłam, że Martyna do mnie dzwoniła.

– Ja już czekam na ciebie – powiedziałam.

– Słuchaj, ja do jakiejś wsi dojechałam.

– Jakiej wsi?

– No nie wiem.

– Piasków?

– Nie, to jakaś inna wieś.

– Ale jaka? Nie ma tam znaku nigdzie?

– Nie, patrzę i patrzę, ale nie widzę żadnych znaków ani nic.

– Weź opisz tę wieś.

Bądź co bądź, dla Martyny lepiej, aby znajdowała się gdzieś w cywilizacji niż w środku lasu.

– No taka wieś. Nie wiem. Drewniane domy takie. Drewniane płoty. Ciemno tu jest, parę latarni stoi ale są takie dziwne, zielone.

Nic mi ten opis nie mówił, ale to nic niezwykłego, Martyna była trochę odklejona i znajome rzeczy opisywała w taki sposób, że nikt nie mógł ich rozpoznać.

– Wyślij zdjęcie.

– Ale ja ci mówiłam wczoraj, że mi się miejsce na karcie skończyło i nie mogę zdjęć robić.

– To usuń jakieś stare, no! To ważna sprawa.

– Ale ja już nie mam co usuwać, wszystko usunęłam!

Z lasu Martyna w ciągu tego czasu mogłaby dojechać jedynie do Zalesia Dębowego, które tylko trochę pasowało do enigmatycznego opisu. Na pewno nie znajdowały się tam żadne zielone latarnie i w zasadzie tylko jeden dom był drewniany i otoczony płotem, ale za to był zbudowany zaraz przy lesie, więc Martyna zapewne szybciej go zauważyła. Były tam również znaki, które powinny być dobrze widoczne, być może śnieg zasłonił także i je.

– Zostań tam. Ja zaraz pojadę po ciebie.

– Dobra, a mogę zostać połączona? Bo wiesz, zaczynam się cykać trochę.

– Nie ma czego, zaraz tam będę.

Normalnie byłabym na miejscu w trzy minuty, ale przez warunki atmosferyczne czas wydłużył się do ponad dziesięciu minut. W tym czasie Martyna zdążyła w końcu dostrzec powagę sytuacji i się zestresować. Ja nie czułam się lepiej, ale starałam się ją jakoś pocieszyć i opowiedziałam, co mi się dzisiaj śniło. Przez chwilę pożartowałyśmy na ten temat, ale Martyna po chwili wróciła do stresowania się.

Gdy dojechałam do Zalesia, śnieg już sypał z nieba kilogramami i robiło się już naprawdę nieciekawie. Jednak wieś była dobrze oświetlona, dałam bez problemu radę dostrzec znaki, w przeciwieństwie samochodu Martyny, którego nigdzie nie było. Wtedy zauważyłam, że od dawna koleżanka się nie odezwała.

– Ej, żyjesz? Opowiedz mi dokładnie, jaką drogą jechałaś, bo coś mi tu nie gra.

Cisza.

– Halo, ziemia do Martyny!

Zaczęłam ją nawoływać a nerwy przejmowały nade mną władzę, ale uspokajałam się, ze pewnie wyszła z samochodu się rozejrzeć. I tak w istocie było, po kilku minutach usłyszałam w telefonie niezdrowe kaszlnięcie, a potem głos.

– Dobra, jestem.

– Gdzie ty zniknęłaś?!

– Paliwo mi się skończyło. A myślałam, że mi wystarczy na dzisiaj.

– Matko jedyna...

– Ale zobaczyłam na drodze taką panią i zapytałam się, jak dojechać do Piasków.

– O Jezu… – westchnęłam. – I jak ci powiedziała?

– Że mam jechać cały czas prosto i wtedy dojadę.

–...że co? To gdzie ty jesteś?

– Nie wiem.

– Nie zapytałaś jej, co to za miejscowość?

– Nie wiem, zapomniałam!

Jeśli do Piasków jechało się prosto, musiała być to albo Wierzbowo, albo Podlesie. Ale to do siebie nie pasowało w ogóle.

– Weź dogoń tę panią i zapytaj ją jeszcze raz.

Martyna zakaszlała.

– D-dobra!

Po kilku minutach ciszy odezwała się.

– Nie wiem, ona mi gdzieś znikła.

– Jak to znikła?

– No nie wiem! Przeszłam się trochę i nigdzie jej nie widzę! Ale też nie chciałam iść za daleko, bo pada tak strasznie… Jestem cała oblepiona tym śniegiem, trudno mi się oddycha, nie wiem o co chodzi...

– Zaraz, co ona robiła w taką śnieżycę na drodze?

– A bo ja wiem?! Może kroki wyrabia i pogoda jej niestraszna, nie wiem. Może jest pojebana.

– Tam są domy?

– No, może weszła do któregoś…

– A masz psychę zapukać?

– Teraz nie mam już nic do stracenia…

Potem nastąpiła dłuższa, jeszcze bardziej niepokojąca cisza. Ja tymczasem wróciłam do Piasków i skierowałam się w stronę Wierzbowa. Chociaż nie miałam pojęcia, jak Martyna miałaby się tam znaleźć, najsensowniej było przyjąć, że trafiła właśnie tam.

Kobieta spacerująca w śnieżycę… Cóż, mi też raz czy dwa zdarzało się wyrabiać kroki, gdy padał równie wielki śnieg. Ale nie były to jakieś szybkie kroki. A skoro ta kobieta tak Martynie zniknęła, to chyba musiała mieć dobre tempo.

– Pukałam w jednym domu, w drugim, ale tam generalnie ciemno jest, żadnych świateł zapalonych, te podwórka też jakieś opuszczone… – powiedziała zachrypiałym głosem.

– Boże, Martyna, gdzie ty zajechałaś…

– Zapukałam jeszcze do trzeciego domu, tam się świeciło na schodach i założyłam, że ktoś tam musi być, ale nikt nie odpowiadał. Nawet drzwi były otwarte, bo nacisnęłam klamkę.

– Weszłaś do tego domu?

– No nie, bałam się! Nie wiadomo, kto tam przecież mieszka.

– Racja, nie jest to zbyt mądre.

– I w tym domu generalnie było strasznie zimno, zdecydowanie nikt tam nie palił w piecu ani nic.

– Martyna, słuchaj, na chwilę się rozłączę, zadzwonię do taty, może on się bardziej domyśli, gdzie ty właściwie jesteś.

– Dobrze, pośpiesz się!

Rozłączyłam się i zadzwoniłam do taty.

– Słuchaj, tata, co to może być za wieś – trzy drewniane domy, drewniane płoty, jak jedzie się wzdłuż drogi to dojedziesz do Piasków?

– A gdzie cię wywiało w tę śnieżycę?

– Mnie nie wywiało, teraz dojeżdżam do Piasków, ale Martynę tak. Ona nie ma pojęcia gdzie jest, ja zresztą również.

– Trochę brzmi jak te domy na obrzeżach Szymanowa, ale tam są dwa drewniane domy, nie trzy…

– Szymanowo, dobra, faktycznie.

– Słuchaj, ty wracaj do domu i powiedz koleżance, żeby została w samochodzie, nie ruszała się i poczekała, aż śnieżyca przejdzie. Za parę godzin powinno być spokojnie i wtedy jej poszukamy, bo teraz nic nie widać.

– Ta, ale jej się skończyło paliwo. Za parę godzin może zamarznąć.

– Nie ma żadnego GPS-a?

– Nie, ona w ogóle nie ma internetu w telefonie.

– Kiepska sprawa. Niech zadzwoni po pomoc.

– No, chyba będzie musiała. Na razie do niej zadzwonię i zobaczymy.

Rozłączyłam się i od razu zadzwoniła Martyna. Na dobry początek rozmowy zaczęła kaszleć.

– Tata mówi, że może to być Szymanowo.

– A ja byłam w tym domu jeszcze raz.

– I co?

– No… Taki dom. Bardzo stary, taki jak dom mojej babci. Stare meble, meblościanki, czerwone dywany…

– Był ktoś w środku?

– Na wersalce spała taka dziewczyna, młoda.

– I?

– Próbowałam ją obudzić, ale nic z tego.

– Ona żyje w ogóle???

– Tak, oddycha. W tym domu jest strasznie zimno, a ona śpi pod samym kocem. Wszędzie jest kurz i syf. Rozejrzałam się po domu trochę i pożyczyłam koc, ale oddam go, zostawiłam karteczkę z numerem telefonu. – Martyna brzmiała, jakby ledwo mogła mówić, a wszystkie przecinki i kropki w jej wypowiedzi były dopełnione przeczyszczaniem gardła.

– Zrozumiałe, pewnie masz w tym aucie zimno. Nie możesz zamarznąć.

– Nawet pomyślałam przez chwilę, czy nie zostać w tym domu dłużej, zejść do piwnicy i nie napalić w piecu, ale obie pary drzwi są zamknięte na amen… Czy ja już łamię prawo? Haha…

– Tym się teraz nie przejmuj.

– Słyszę jakieś dzwonki, ale to chyba mi się wydaje, świruję już…

– Nie, to u mnie coś hałasuje, ale ja to ignoruję aż nie jebnie.

– Zostać w aucie i czekać na ciebie?

– Zostań.

– Bateria mi się kończy, na chwilę się rozłączę, dobra?

– Dobra.

Jechałam dalej. Droga była strasznie śliska, widoczność zerowa, poruszanie autem przypominało bardziej czołganie się w gęstym budyniu. Poza tym na drodze zaczynały robić się zaspy. Każda sekunda się liczyła.

Po kilku minutach trwających jak kilka godzin, Martyna zadzwoniła do mnie znowu.

– Dzwoniłam do pomocy drogowej.

– I jak?

– Szukają mnie, mają jakieś te swoje triki technologiczne, żeby mnie znaleźć.

– Całe szczęście…

– Myślę, że możesz wrócić do domu. Ja będę czekać w samochodzie na pomoc.

– Nie zamarzniesz?

– Nie, spokojnie. Jest mi teraz całkowicie ciepło. – Na udowodnienie tego zakaszlała. – I czuję jakiś taki zapach fiołków, to chyba od tego koca. Muszę spytać tej dziewczyny, jakiego proszku do prania używa – zaśmiała się beztrosko.

– A masz coś do picia, jedzenia?

– Coś tam mam…

– Czyli?

– Mam herbatę w termosie.

– No dobra, chociaż tyle.

– Ja wyłączam telefon, aby oszczędzać baterię. Nie wiem, czy się zobaczymy dzisiaj, więc chcę ci powiedzieć, że… Wszystkiego najlepszego! Dużo zdrowia, szczęścia, większej ilości bułek z pieczarkami w piekarniach i czego sobie tylko zażyczysz…

Nie zdołała dokończyć życzeń, zaczęła kaszleć jak gruźlik.

– O… Dziękuję. Wiesz, że zapomniałam, że dzisiaj mam urodziny?

– Haha… Przepraszam, to przeze mnie.

– Nie, nie przejmuj się. Czekaj na pomoc. Do zobaczenia.

– Do zobaczenia.

Udało mi się dojechać do mojego domu bez większego problemu. Okazało się, że goście doskonale się bawili beze mnie, czego dowodem były leżące w różnych kątach pokoju trochę mało przytomne koleżanki. Porozkładałam je na kanapie i na łóżkach, a potem poszłam do swojego pokoju.

Śnieg nadal sypał. Co jakiś czas dzwoniłam do Martyny, ale nadal miała wyłączony telefon. Patrzyłam na ciemny świat i modliłam się, aby udało jej się tutaj dotrzeć. Pewnie nie była daleko, może z dziesięć minut drogi, pogubiła się po prostu przez ten śnieg. Niedługo tutaj przybędzie.

A po jakimś czasie zadzwonił telefon. „Debil” wyświetlił się na ekranie.

– Martyna?! Jesteś gdzieś?!

Nie usłyszałam jej głosu, ale za to słyszałam potężne szumy burzy śnieżnej.

– Martyna, czy ty wyszłaś z samochodu?!

Wtedy usłyszałam jej głos, ale przez ten wiatr i śnieg nie dało się go zrozumieć.

– Wracaj do samochodu! Nie słyszę cię!

– Widziałam twój dom… – usłyszałam nagle. Martyna brzmiała, jakby traciła oddech, jej głos był całkowicie szorstki i zachrypiały.

– Co, że gdzie?!

– Między drzewami. Poszłam tam i nagle znikł mi sprzed oczu. Wszędzie jest zielono jakoś, jakieś takie zielone światło, o co może chodzić?

Usłyszałam coś, co chyba było najbardziej zaawansowanym kaszlem palacza.

– Martyna, wracaj do samochodu! Czekaj na pomoc!

– Nie mogę go znaleźć. Ale słyszę dzwonki.

– Jakie dzwonki? Martyna, w lesie nie może być żadnych dzwonków!

– I taki ładny zapach czuję. Chyba fiołki.

Czy ona…

– Martyna, czy jest ci zimno?

– Jest bardzo ciepło…

– Martyna, wcale ci nie jest ciepło! Jeśli się rozebrałaś, zakładaj ubrania!

– Koc był cały w białym proszku, fuj. A to, co leci z nieba, to nie jest śnieg. W ogóle nie jest zimny. Ale chyba… – zakaszlała intensywnie. – Chyba dostał mi się do płuc.

Rozłączyłam się i zadzwoniłam na pogotowie. Szczerze mówiąc, nawet nie pamiętam, co powiedziałam pani dyspozytor, ale musiałam powtarzać to po kilka razy, bo mnie nie rozumiała. Na pewno powiedziałam, że moja koleżanka zgubiła się gdzieś w lasach Piaskowskich i prawdopodobnie już dopada ją hipotermia. Nie pamiętam, czy pani dyspozytor cokolwiek odpowiedziała.

Za ścianą grała skoczna muzyka, koleżanki spały wesoło z nietrzeźwości, a ja patrzyłam na szalejącą śnieżycę z poczuciem, że zaprosiłam Martynę na swoje urodziny tylko po to, aby ją zabić. I w żaden sposób nie mogę jej pomóc, bo nie mam już pojęcia, gdzie jej szukać.

Po pewnym czasie, gdy śnieżyca już ustała, a noc zrobiła się jasna i biała, przyszedł do mnie SMS od Martyny:

Jest już dobrze wgl siadlam do samochodu jednej pani i ona knie odwozi do domu sory se sę nie stawoe na twojeje imprezie ale nie mam sily

Spadł mi z serca ogromny kamień.

To dobrze. Wracaj do domu.

Ale po chwili się zaniepokoiłam na nowo.

A wiesz kim ta pani jest???

nkw nie odzywa się ale mówila że jedzie do borowca teraz już nic nie mówi nic strasznie tu fiolkami jrdzie

Po chwili przyszła druga wiadomość.

Wsszie jest ten bialy proszek owadza mi się na plucach haha jestem cala obklrjpna tym prosxkiem

A po chwili trzecia, ostatnia.

nateoria mi unorf TP noka pytania eoadompsc

Wtedy jej telefon zamilkł całkowicie. Jakiś czas później ustalono, że po raz ostatni logował się do sieci w Michałowie o godzinie 17:10, w miejscowości położonej w zupełnie innym kierunku niż mój dom. Jej samochód znaleziono jeszcze później, w oddalonych kilkanaście kilometrów na północ lasach. Samej Martyny nikt już nigdy nie widział.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz